Czy już czas na „Czerwoną Warszawę”?

Przykre doświadczenia PRLu sprawiają, że większości Polaków wszystko, co „czerwone”, „socjalistyczne”, czy nawet „socjaldemokratyczne”, „komunalne” lub „spółdzielcze” kojarzy się jak najgorzej. Jednak być może najwyższy czas na przewartościowanie poglądów? III Rzeczpospolita ma już prawie tyle lat, co Polska „ludowa”, a mimo to wielu problemów nie rozwiązała. Pośród nich szczególnie doskwiera zaś deficyt mieszkań i ich zawrotne ceny. Tymczasem skuteczne rozwiązania istnieją od lat.

Zapewne wielu Czytelników uzna ten artykuł za marną prowokację. Zanim jednak zostanę wysłany na szafot za krzewienie totalitaryzmów chciałbym zachęcić do zapoznania się z pojęciem „Czerwony Wiedeń”. W latach 1918-1934 stolicą Austrii niepodzielnie rządziła SPÖ – Socjaldemokratyczna Partia Austrii. I dlatego właśnie Wiedeń pod rządami SPÖ określało się jako „czerwony”. Była to zresztą wówczas czołowa siła polityczna nie tylko w tym mieście, ale w całym kraju.

Po przejęciu władzy w Wiedniu SPÖ postawiła sobie do zrealizowania trzy główne cele: rozwiązanie problemów z mieszkalnictwem, wprowadzenie większej ilości zieleni miejskiej i reformę szkolnictwa. W dużej mierze udało się je zrealizować. Dla wiedeńczyków początku XX wieku najbardziej paląca była kwestia mieszkaniowa, i na tym chciałbym się skupić (choć kwestia zieleni miejskiej wydaje się dziś co najmniej równie ważna).

Jeden z budynków z mieszkaniami komunalnymi, 1930 r. (domena publiczna).

Wiedeń początku XX wieku był silnym ośrodkiem przemysłowym i potrzebował setek tysięcy rąk do pracy. Dla robotników dostępne były wówczas tylko mieszkania i pokoje na wolnym rynku, których było na dodatek zdecydowanie za mało. Efekty łatwo sobie wyobrazić: drożyzna i dramatycznie złe warunki życia panowały powszechnie. SPÖ zaproponowało więc zbudowanie mieszkań komunalnych w super jednostkach mieszkalnych. Owszem, dziś już wiemy, że tego typu molochy nie są najszczęśliwszym pomysłem. Jednakże sama koncepcja mieszkań komunalnych jest jak najbardziej aktualna. Dziś 220 tys. wiedeńskich lokali mieszkaniowych jest własnością miasta, a 200 tys., przede wszystkim spółdzielczych, miasto dofinansowało. Dwie trzecie z 1,8 mln wiedeńczyków wynajmuje dotowane mieszkania lub mieszkania komunalne. Nie, to nie dzieje się w Korei Północnej, ani Związku Radzieckim. Tak jest w Wiedniu teraz.

Efekt? W stolicy Austrii znalezienie mieszkania na kieszeń zwykłego jej obywatela nie jest zadaniem z rzędu nieprawdopodobnych. Równocześnie jeśli ktoś potrzebuje luksusu, i go na to stać, może coś kupić albo wynająć na wolnym rynku. W tej sytuacji nie ma przegranych. Gasząc wątpliwości w zarodku: nie oznacza to, że mieszkania komunalne czy spółdzielcze to zapuszczone slumsy. Radny Wiednia odpowiedzialny za sprawy mieszkaniowe i urbanizację, Michael Ludwig, w 2014 r. mówił: „Adres zamieszkania u nas o niczym nie świadczy, ani o zarobkach, ani o tym, na co osobę mieszkającą pod tym adresem stać.”

Wróćmy jednak do historii. Szeroko zakrojony program budowy mieszkań komunalnych nie był oczywiście łatwy do zrealizowania. Trudno było o tereny pod zabudowę, jeszcze bardziej problematyczne było znalezienie pieniędzy. Tym bardziej, że zrealizowane inwestycje z założenia nie miały przynosić zysku, czynsze były bardzo niskie, dostępne na każdą kieszeń. Na dodatek skala przedsięwzięcia nie była mała – już na początku lat 30. istniało 65 tysięcy nowoczesnych mieszkań komunalnych. Potrzebne na to były oczywiście gigantyczne sumy, a SPÖ znacznie podwyższyło sobie stopień trudności całkowicie rezygnując z brania kredytów.

Tak, ten Karol Marks (Foto: Wienwiki / Helene Huss-Trethan).

Skąd zatem pieniądze? Wymagało to między innymi nałożenia nowych, progresywnych podatków oraz podatku od luksusu. Uderzono zatem po kieszeniach bogatszych wiedeńczyków (władze miasta mogły ustanawiać nowe podatki, gdyż Wiedeń miał status samodzielnego kraju związkowego). Ostatecznie jednak zyskali na tym wszyscy. Osobom zamożnym lepiej żyje się przecież w mieście, w którym nie muszą odgradzać się od swoich uboższych sąsiadów murami i zasiekami, gdzie można udać się niemal do dowolnej dzielnicy bez konieczności oglądania zapuszczonych ruder i omijania zalegających na chodnikach bezdomnych. Nie jest absolutnie żadnym przypadkiem, że stolica Austrii regularnie zajmuje pierwsze miejsca we wszelkich rankingach najlepszych do życia miast.

Realizacja ambitnego programu mieszkaniowego SPÖ została brutalnie przerwana po dojściu do władzy austriackich faszystów w 1934 r. Prezydent Wiednia, Karl Seitz, został aresztowany, SPÖ zdelegalizowana. Jednak, jak wskazałem powyżej, naddunajska metropolia od raz wytyczonej drogi nie odwróciła się. Z dziedzictwa „Czerwonego Wiednia” jego mieszkańcy korzystają do dziś. Zarówno materialnego, gdyż wszystkie komunalne mieszkania służą do tej pory, jak też ogólnej koncepcji mówiącej, że to miasto może, a nawet powinno, zapewnić swoim mieszkańcom domy.

Wiedeński robotnik za wynajem komunalnego mieszkania w 1926 r. płacił 4% (słownie: cztery procent) swojej pensji. Dziś, w stolicy Polski, gdy znajdziemy takie, które zabiera tylko jej połowę, uważamy się za niezłych szczęściarzy. Czy zatem naprawdę nie jest już najwyższy czas na „Czerwoną Warszawę”?

Co sądzisz? Skomentuj!