Czy będzie jeszcze takie lato?

Po spektakularnym sukcesie Marka Tatały przed Sądem Najwyższym w 2017 r., gdy w wyroku ustalono, że bulwary Flotylli Wiślanej to nie ulica, plac ani park, zatem zakaz z ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałania alkoholizmowi tej przestrzeni nie dotyczy, nadrzecze przeżyło prawdziwe odrodzenie. Niby od paru lat działały tu knajpy i imprezownie, a co po niektórzy chowali się po krzakach przed strażą miejską z trunkami przyniesionymi ze sklepu, ale taka skala popularności letnich wieczorów nad Wisłą zaskoczyła wszystkich.

Okolice Portu Czerniakowskiego przypominały najbardziej zatłoczone kluby stolicy, średnio co dziesięć metrów spotykało się znajomych urzędujących na schodkach, a food trucki szybko wyczaiły dobry biznes i dokarmiały klientów na alkoholowej gastrofazie frytkami, hot-dogami, a nawet i kanapkami z kalmarami. W całym tym szaleństwie, gdzieś na trasie między Hockami Klockami, a pomnikiem Syrenki, nie słyszałam żeby doszło do jakiegoś poważnego nieszczęścia typu utonięcie lub inny wypadek śmiertelny, co jest naprawdę niezwykłe, mając na względzie wypadkową nadwiślanej frekwencji i promili alkoholu w jej krwi. Pamiętam za to, jak w środku tygodnia wracałam z Rejsu o pierwszej nocy i w sąsiednim Cudzie nad Wisłą trwała właśnie w najlepsze swingowa potańcówka z muzyką na żywo, z parkietem wypełnionym po same brzegi ludźmi, którzy wyglądali jakby okres długich wakacji po maturze mieli już za sobą, więc najpewniej następnego dnia szli rano do pracy. A jednak dali się porwać wiślanej magii i ruszali się żwawo, mając pewnie na względzie, że może już nie być takiego lata.

I taka groźba zawisła nad nami praktycznie równo rok po tym, jak Tatała udowodnił, że nad Wisłą pić można, bo 30 stycznia bieżącego roku prezydent podpisał nowelizację ustawy, w ramach której zakaz spożywania alkoholu rozszerzono na „generalny”. Skoro Polak potrafi i znajdzie miejsce, które ulicą, placem lub parkiem nie jest, no to trzeba zakazać spożywania alkoholu w każdym miejscu publicznym. Łaskawie zezwolono samorządom lokalnym na wyjęcie spod tego zakazu konkretnych lokalizacji za pośrednictwem uchwały rady gminy. Wizja nadchodzących wakacji podobnych do poprzednich została poważnie nadszarpnięta. Właściciele barów zacierali ręce (ponoć w zeszłym roku sezon maj-wrzesień dla prowadzących biznes gastronomiczny był nieprawdopodobnie wręcz podły), a gro warszawiaków pogrążyło się w nieutulonym żalu, no bo zimy przed nami jeszcze kawał i nawet na horyzoncie żadnej nagrody w postaci browarka na schodkach za tę szaroburą nędzę.

Miasto Stołeczne Warszawa postanowiło jednak zrobić nam prezent w postaci wspomnianej uchwały, wyłączającej spod zakazu spożywania alkoholu Bulwary: Flotylli Wiślanej, Grzymały-Siedleckiego, Pattona, Karskiego i Religi. Jasne, że dobrze zagospodarowany brzeg rzeki, będący miejscem spotkań przez bity kwartał, to dla miasta świetna reklama i niezła okazja do zarobku, bo czynsze powierzchni nawet pod knajpę ze sklejonych europalet z pewnością nie należą do najniższych. Z drugiej strony, to konieczność ciągłych inwestycji w nadwiślaną infrastrukturę, naprawianie szkód wyrządzonych przez tych co bardziej podpitych i wieczne uspakajanie okolicznych mieszkańców, mających serdecznie dość niekończącej się imprezy pod ich oknami.

W obowiązujących warunkach prawnych miejską uchwałę trzeba zatem potraktować jako ukłon Warszawy w stronę mieszkańców. Właściwie nie musieli wprowadzać wyłączenia bulwarów spod zakazu i wrócić do stanu sprzed kilku lat, gdy wszyscy nad Wisłą i tak pili, ale głównie skupiali się na tym jak uniknąć mandatu za nielegalne spożycie. Skoro zatem Rada Miasta zrobiła nam taki prezent (którego zwrotu może notabene zażądać w każdej chwili), to okażmy, że bardzo się z niego cieszymy i umiemy do docenić. Umówmy się, że nadchodzącego lata nad Wisłą:

– nie będziemy śmiecić. Serio, co parę metrów jest pokaźnych rozmiarów śmietnik, a w najgorszym wypadku wszystko, co się przyniosło, można zabrać z powrotem (dobra wiadomość jest taka, że w drugą stronę ten bagaż będzie znacznie lżejszy). Bulwary wiślane to też piękna trasa rowerowo-spacerowa, a walające się butelki i pety raczej nie wpływają korzystnie na jej atrakcyjność;
– nie będziemy sikać gdzie popadnie. Ja wiem, że fizjologia to taki mało wdzięczny temat i fe, na blogu o nim nie wypada, ale naprawdę to zmora wiślanych wieczorów. Toi-toiów sukcesywnie przybywa na całej długości bulwarów, w większości są bezpłatne, a kolejki poruszają się w akceptowalnym tempie. W tych okolicznościach ciężko znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie dla podlewania okolicznej zieleni;
– nie będziemy tłuc szkła. Ja wiem, że nawet na trzeźwo zdarza się rozbić szklankę i nie ma na to rady, ale już umyślne rzucanie butelkami dla beki nie jest śmieszne ani trochę. Bezpieczne, eleganckie czy estetyczne też;
– nie wchodzimy do Wisły. Już nie mówię o tych legendach o żrącej wiślanej wodzie (to temat na inny, tym razem smutny artykuł), ale raczej większości z nas zdarzy się być w stanie upojenia alkoholowego, które stanowi absolutne przeciwwskazanie do ładowania się do zbiornika wodnego.

I obiecajmy sobie, że w te wakacje też będziemy się tak fantastycznie bawić, jak w poprzednie, a wizja ta niech nas trzyma przy życiu w te ostatnie mroźne dni powoli raczkującej wiosny.

Co sądzisz? Skomentuj!