Coś dzikiego zaraz obok. Rozmowa z Urszulą Zajączkowską.

O odkrywaniu miejskiej przyrody, roślinnych „sekcjach zwłok” i poetyckim spojrzeniu na naukę rozmawiamy z Urszulą Zajączkowską – autorką książki „Patyki, badyle”. 

Mateusz Kaczyński: Co widzisz, kiedy chodzisz po Warszawie i patrzysz na chodniki i zagajniki?

Urszula Zajączkowska: Widzę walkę.  Z przestrzenią i brakiem wody, z nadmiarem światła i gorąca. Widzę jej powstawanie i umieranie, przemodelowanie formy krajobrazu w coś, co już niedługo będzie inną jej postacią. Widzę też, jak dużo jest roślin w każdym kącie naszego miasta. Najczęściej są to te, których nie chcemy, więc ich nie widzimy, nie znamy ich imion? Czy znasz nazwy dzielnych roślin wyrastających ze szczelin chodnika? Bo tak nam się to wydarzyło tu – że także wobec roślin które chcą z nami żyć – tworzymy kategorie – które są dobre, a które złe. Złe nazywamy chwastami. Tymczasem są to rośliny, które potrafią żyć w okropnych warunkach, i w ogóle bardzo chcą żyć – nie to co te błękitno krwiste orchidee, napuszone hortensje, albo herbaciane róże.

„Patyki, badyle” mówią właśnie o tym: po części o życiu, a po części o umieraniu. Są niczym sekcja zwłok, dlatego muszę zapytać o to, czy czujesz się winna wobec roślin, które badasz?

No pewnie. Cały czas. Bez przerwy mam wyrzuty sumienia, które są u mnie bardzo silne i autentyczne. Przestałam już z nimi walczyć, albo się ich wstydzić, że to nie wypada. Mam to gdzieś. Po prostu mam tę nadwrażliwość i już. Niektórzy nie mają jej wcale. Badam rośliny by dostrzec w nich misterium. I prawie zawsze to dostaję. Czasem muszę roślinę pokroić, robię to w ostateczności i też by pokazać, by napisać, że to co ona w sobie ma, to istny szał. Pozwalam sobie przeżywać też. A jakże! I to jest też dobre, mimo, że często dzieje się to na smutno. Ja się tam nie liczę. Oczywiście ja wciąż poszukuję racjonalnego podejścia i ono bardzo mi pomaga, ale nie wystarcza, bo pracuję na granicy tej swojej zdziwaczałej wrażliwości, dzięki temu daję sobie szansę zobaczyć więcej, tak jak to, że życie zapisane jest w osnowie umierania. Bez śmierci nie ma życia.

fot. Urszula Zajączkowska 

Dlaczego zatem piszesz o roślinach, które są niechciane, ale zarazem najsilniejsze? Gatunki synantropijne, czyli żyjące przy człowieku, to główni bohaterowie twojej książki.

Męczy mnie przedstawianie przyrody w roli służebnej człowiekowi. Ma ona być pięknym tłem dla ludzkiego życia, leczyć nas, dawać tlen i cień… a z drugiej strony użytkowanie ich, ścięcie drzewa dla drewna – przedstawiana jest przez niektórych niemal jako zbrodnia. Budowanie miłości do natury na tej podstawie nigdy miłością nie będzie. Nie uczy stawiania siebie obok, ale nad. Widać to nawet w podejściu do zmieniającego się klimatu. Ludzie nie płaczą nad śmiercią ginących niedźwiedzi polarnych, ale nad śmiercią homo sapiens. Boimy się umierania, więc straszymy, budujemy podziały w ludziach. Do tego jeszcze ten hermetyczny język, albo przyrodnicze egzaltacje nafaszerowane patosem. Jest cały stos książek o przyrodzie, których nie trawię. Operują głównie ciekawostkami, które muszą być ekstremalne i niesamowicie zajmujące, albo chociażby piękne. Powoduje to, że po lekturze takiej książki wycieczka do lasu lub parku, w którym pozornie nie dzieje się nic, będzie zwykłą nudą. Pójdziesz do Łazienek, albo do lasu pod Wołominem i co? Rosną tam drzewa i trawa, ale nic cię tam nie poruszy, bo naczytaliśmy się o jakichś niezwykłościach. A niezwykłe jest w zwykłym, tylko, że ty naprawdę tego już nie widzisz.

fot. Mateusz Kaczyński

Zostańmy na chwilę w parku. Spacerowałem niedawno na Powiślu. W okolicach BUW-u jest park, w którym deweloper ogrodził odzyskaną działkę płotem. Od roku stoi zupełnie nieruszona. Trawa w parku jest regularnie koszona, a za płotem wyrasta mała dżungla. Jaka jest rola niekontrolowanej natury w mieście? Warto o nią walczyć?

Absolutnie. W świecie przyrody jest coś takiego jak wyrównywanie potencjałów, najogólniej – wynika to z praw termodynamiki. Można o tym mówić na każdym poziomie. Na poziomie roślinności istnieją zespoły roślin, które uznaje się za skończone. W Warszawie jest to las mieszany. Co zrobiliśmy, że go tu nie ma? Gdybyśmy opuścili to miejsce to za pięćset czy tysiąc lat wróciłyby tu brzozy, graby, dęby, lisy, wilki i ryjówki. Człowiek nieustannie odgradza się od naturalnego napływu gatunków, więc miasto nie jest miejscem wolności roślin. Nawet, kiedy sadzimy drzewa to my decydujemy o tym, że ono będzie tu rosło. Kiedy damy spokój przestrzeni zmienia się ona w sanatorium dla roślin. Zagajniki czerpią wreszcie z wolności. Mają niebo, deszcz i żyją, o dziwo, nam nie przeszkadzając. Joanna Rajkowska stworzyła kiedyś ciekawą instalację…

Dotleniacz na Placu Grzybowskim.

Im więcej takich przestrzeni tym lepiej. Dziwi to jednak ludzi tak bardzo, że muszą traktować to jak działania artystyczne. Przed Hamburger Bahnhof – Muzeum Sztuki Współczesnej w Berlinie – zostawiono kawałek klombu, z którym nie robiono nic. Zmienił się w całkowite chwastowisko. Ludzie nagle zastanawiają się, jak inaczej wygląda swobodna przyroda, bo przecież w miastach człowiek zazwyczaj przywraca porządek za pomocą kosiarki i pilarki.

Do gołej ziemi.

Wykosić wszystko. Istotą naszej brutalności jest myślenie, że pochodzimy spoza przyrody. Nie jesteśmy wspólnotą. Jesteśmy raczej my i oni albo raczej to coś, co da się przekształcać wedle naszej wizji ładu.

Nasza rozmowa zbiega się w czasie z obchodami 75-tej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. W „Patykach, badylach” poświęcasz temu wydarzeniu jeden rozdział. Piszesz o roślinach, które przetrwały zagładę miasta.

Podczas pracy naukowej natrafiłam na opracowanie profesora Kobendzy. Był botanikiem, który pracował na Wydziale Leśnym SGGW. Później związany był z Ogrodem Botanicznym UW. Bardzo pasuje mi jego myślenie. Znalazłem jego pracę, ponieważ chciałam napisać na ten temat felieton. Historia powojenna roślin wydawała mi się tak bardzo ważna, że potrzebowałam bardziej ją zgłębić. Później przypadkiem natrafiłam na ogromną fotografię Zofii Chomętowskiej, która wisiała w mieszkaniu Karoliny Breguły u której jadłam kanapki. Tak trafiłam do Fundacji „Archeologia Fotografii”, która zaproponowała mi napisanie czegoś na bazie ich archiwalnych zdjęć. Patrząc na rośliny można też mówić o człowieku. I o tym jest ten rozdział. Zainteresowanie książkami o roślinach jest małe, bo ludzie wciąż myślą, że będą czytać szkolne pieprzenie. Zdjęcia warszawskich kronikarzy przedstawiające zgliszcza, z których wyrastały rośliny, od razu przełożyły mi się na historie ludzkie. Niektóre z nich są uciekinierami, inne przylatują, bo mogą. Wśród gruzów widać resztki po jabłkach. Czy ten, kto je jadł jeszcze żyje?

O roślinach piszesz językiem pełnym uczuć. W jaki sposób łączysz naukowe spojrzenie w poetyckością?

Wydaje mi się, że wciąż piszę o jednym. Nauka jest przecież tylko metodą. Spójrzmy na rozmaite techniki w rysunku lub malarstwie. Robię to samo z językiem. Ludzie rozdzielili naukę i postawili ją na katedrze, więc wiedzę trzeba „posiąść”, „przyswoić”, „wkuć”, ale raczej nie przeżyć. W mojej książce specjalnie nie ma ani jednego opisu fotografii. Nie chcę nikogo uczyć. Człowiek może mieć własną refleksję, ale nie musi. Ktoś zobaczy pokręcone drewno przyranne, które graficznie jest supłem komórek, wyglądającym jak rak i zbuduje własne skojarzenia. Nie chcę tego narzucać. Nie mam ochoty. Obserwator sam pomyśli jak chce i ja wiem, że to jest dobre, a ja nie muszę gadać i nazywać typów komórek. Robię to przecież w nauce i niech tak zostanie.

W wolnym czasie uciekasz od roślin, czy są one wszechobecne w Twoim życiu?

Staram się uciekać, ale wszędzie mnie dopadają, drepczą swoimi nibynóżkami i ciałkami zieleni J. Wszędzie widzę zielsko i badyle. Taka jest moja percepcja… Mimo to lubię spędzać czas w mieście, z ludźmi, lubię z nimi palić ogień, lubię ich słuchać, szwendać się, nic nie mówić. Mówią, że jestem zdziczała.

Czy przyroda w Wołominie ma dla Ciebie szczególne znaczenie?

Oczywiście. W Wołominie mam pod nosem las i tereny mniej zniekształcone przez działalność człowieka jak torfowiska i zarastające drzewami piaszczyste górki. W rozdziale „Nocne chrzęsty Wołomina” zabieram czytelnika na fotograficzny spacer po mieście, po chodnikach, kątach, mrocznych, zasikanych chwastowiskach. Specjalnie fotografuję je w sposób bardzo nieładny, w mroku, z fleszem. Bez upiększania. Opowiadam tak historie z moich nocnych spacerów po Wołominie. Bo uwielbiam chodzić w środku nocy po moim mieście. Jest wtedy najlepiej. Po książce znaleźli się ludzie, którzy chcą poszwendać się ze mną. Niezła heca się zapowiada!

Dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję.

****

Urszula Zajączkowska – poetka, botaniczka, muzyk, adiunkt na Wydziale Leśnym SGGW w Warszawie. Jej debiutancki tomik poezji „Atomy” (2014) był nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w 2015 roku. W 2017 roku opublikowała tom „minimum”, który otrzymał Nagrodę im. Fundacji Kościeleckich. Laureatka Festiwalu Filmowego „Scinema” i „Light Festiwal” w kategorii film eksperymentalny, za film „Metamorphosis of Plants”. W 2019 wydała zbiór poetyckich esejów „Patyki, badyle”. Związana z dwutygodnik.com i Kwartalnikiem „Przekrój”. Mieszka w Wołominie.

 

Co sądzisz? Skomentuj!