Corso

W naszym mieście jest wiele pięknych ulic, placów i miejsc. Napisano o nich wiele pięknych wierszy, poematów, piosenek i książek. Ale żadna z nich do tej pory nie tyczyła się baru „Corso”.

Bar „Corso” mieści się przy Placu Hipstera. I robił to, jeszcze zanim Plac Hipstera został Placem Hipstera. Ów bar jest najbardziej hipsterskim lokalem w okolicy, o ile nie w całej Warszawie. Jest hipsterski tak bardzo, że mało kto w nim bywa. Bo wiedzą o nim chyba wszyscy. Fakt, że nie przeszkadza mu to w trwaniu, wynika zapewne z tego, że – jak to w przypadku wszelkich zjawisk, które możemy zamieść semantyczną miotłą pod hasło „hipsterka” – wszystko co z nim związane, jest ironiczne. Ironicznie nikt do niego nie chodzi i tylko ludzie o podwójnych standardach (także ironii) w nim bywają. Ironicznie się go ignoruje i ironicznie o nim nie wie, bo przecież każdy hipster młodość spędził na Placu Zbawiciela (zanim ten był miejscem na tyle popularnym, że aż trzeba było zmienić jego nazwę) i musi wiedzieć, gdzie bar ten się znajduje.

Wiem i ja. Ale ironicznie. Niemniej bar „Corso” trwał i trwa nadal, serwując przy tym dwa dania: obiad i wódkę. Oba o każdej porze w godzinach otwarcia, co wpływa niewątpliwie na dobór towarzystwa przebywającego w środku.

Bar „Corso” trwał i trwa nadal, serwując przy tym dwa dania: obiad i wódkę.

„Corso” ma swój styl. Nie można go porównywać z Barem Kawowym a już na pewno nie z „Czarnym Piotrusiem”. O nie, z „Piotrusiem” to już na pewno nie. Tam to tylko mielizna – studenci i prostytutka, co to chciałbym móc napisać, że jest emerytowana, ale nie jestem pewien, czy mogę. Pani ta, co to przebywa w „Piotrusiu” dzień w dzień od godziny mniej więcej siódmej wieczór, aż do pory zamknięcia, kiedy to obsługa ją delikatnie budzi i kulturalnie wyprasza. Kiedyś nawet, jeszcze zanim poznałem uroki „Corso” i ulegałem tym „Piotrusiowym” – w sensie bardziej platonicznym niż cielesnym, chociaż i tak bywało – do spółki z kilkoma osobami ustaliliśmy pewne fakty. Fakty owe spływały do nas w szklankach i kieliszkach a my łykaliśmy je ochoczo. Emerytowana prostytutka miała na imię Elżbieta i wcale nie była prostytutką. Ani emerytowaną ani czynną. Była kobietą, której serce raz zranione nie poprzestawało już nigdy krwawić. Albowiem dawno temu, będzie ze czterdzieści już lat, umówiła się w „Piotrusiu” na małe randez vous z narzeczonym, jej własnym do tego, punkt siódma popołudniu. Ten się jednak nigdy nie pojawił. Zgarnęło go ZOMO w związku z podejrzeniem o działanie na rzecz praktyk niedozwolonych i niewłaściwych w ówczesnym czasie i ustroju. Elżbieta o tym jednak nie wiedziała bo i wiedzieć nie mogła. Wywołane tym zdarzeniem pęknięcie w jej sercu było tak silne, tak nie do zniesienia, że codziennie, równo o godzinie siódmej stawia się w Barze Kawowym „Piotruś”, oczekując narzeczonego, który nigdy się nie zjawi. Bo nie żyje. I tak od czterdziestu już lat niezmiennie. To była bardzo smutna historia, która wprawiła nas w doskonały nastrój do tego stopnia, że następnego dnia miałem problem aby sobie ją przypomnieć.

Wywołane tym zdarzeniem pęknięcie w jej sercu było tak silne, tak nie do zniesienia, że codziennie, równo o godzinie siódmej stawia się w Barze Kawowym „Piotruś” oczekując narzeczonego, który nigdy się nie zjawi. Bo nie żyje.

W barze „Corso” nie ma jednak takich smutnych ludzi. Stałymi bywalcami jest na przykład para staruszków, u których pieska, ślicznej bestii rasy labrador, psycholog zwierzęcy stwierdził bardzo bogatą osobowość i konieczność stymulacji przedsionkowej. To znaczy, zwierzak musi być w ciągłym ruchu. Bujać się na huśtawce, bądź przynajmniej jeździć samochodem. W tym zresztą celu, w żadnym innym, starsi państwo zakupili niemłodego już volkswagena golfa w kolorze butelkowym zielonym. Owe małżeństwo nigdy nie zabawiało w „Corso” długo. Musieli jechać z psem na spacer.

Wielu mniej lub bardziej stałych bywalców przewijało się codziennie przez lokal przy Placu Zbawiciela. W tym od czasu do czasu ja. Masa upadłościowa, którą za każdym razem spotykałem w tym miejscu była, jest, i będzie dla mnie w większości nieodróżnialna. Uważam zresztą, że tak jest chyba zdrowiej. Albowiem zarówno przypadkowe jak i zaplanowane wejście do środka oznacza najczęściej natknięcie się na te same plecy zwrócone na moment twarzą w kierunku nowo przybyłych w niepohamowanym odruchu ciekawości.

Odróżnić za to można obsługę. Pani w czarnej trwałej, o czerwonych ustach, z kurzajkami – po jednej na każdą dekadę przeżytego przez nią życia i o chętnie eksponowanym bujnym biuście wyraźnie nęcącym dla część klienteli. Uroki baru „Corso”. Ale oko zawiesić można na szczęście gdzie indziej. Jest bowiem karta dań i napojów. Tę pierwszą część pomijamy, by staropolskim zwyczajem przejść do głównego menu. Żywczyk i czysta. Po co kombinować. Tak zwany u-boot to w „Corso” wciąż najpopularniejszy drink, mimo, że z mody wyszedł z nastaniem XXI wieku.

Żywczyk i czysta. Po co kombinować.

Jakiś socjolog, czy inny historyk, napisze kiedyś zimną, suchą i naukową historię „Corso” i odbywających się tam podobno jubli. Nawiązując do chwil, kiedy mi również zdarzało się tam zajrzeć na moment, tenże socjolog, czy inny historyk, spróbuje wysnuć takie oto na przykład wnioski: „Stwierdzono, że obumierający organizm zdolny jest do nadzwyczajnych objawów siły i wytrzymałości.” – odnosząc się do momentu, kiedy Romek – równy ziomek – metr sześćdziesiąt żywej wagi, w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, wybiegł z „Corso”, dźwigając skrzynkę pełną wódki, ważącą co najmniej tyle co on sam.

Albo: „Kiedy żyjący organizm znajduje się w niebezpieczeństwie swego istnienia, wszystkie jego wysiłki koncentrują się na funkcjach reprodukcyjnych.” – co w wyniku warunków stanowiących niewątpliwe zagrożenie pod postacią zawiesiny unoszącej się w lokalu oraz promili pływających we krwi, objawia się okrutnie długo zamkniętą łazienką. Ale tę warunków i skutków środowiskowych wypadkową, wszyscy chyba kojarzą z naprzeciwka gdzie znajduje się „Plan B”. A o tym przecież rozmawiać nikt z nas nie chce.

rys. Krupnik Warszawski

Co sądzisz? Skomentuj!