Co zjadłbym w Warszawie w 2018?

Warszawa ma reputację miasta, w którym można zjeść wszystko. Czy mamy ochotę na indonezyjski tempeh, czy serbski burek, czy kolumbijskie arepas – szybko znajdziemy miejsce gdzie nam to zaserwują. Czasy, gdy szczytem kulinarnej innowacji był wegeburger minęły bezpowrotnie. Wiecznie głodne nowości miasto sprawia, że liczba miejsc próbujących zaskoczyć klientów jakąś nowością, by zostać królem sezonu, rośnie równie szybko jak polski dług publiczny. Niech ten post będzie więc podpowiedzią dla restauratorów, cukierników i foodtruckerów: jest jeszcze wiele dań i smaków, które widuje się w stolicy stanowczo za rzadko. Albo wcale.

1. Biang biang, czyli „szarpany makaron”

Powszechnie znany też jako „pulled noodles”, to szersza, treściwsza i (sądząc po nazwie) robiona przez ręczne rozciąganie wersja makaronu, pochodząca z Xi’an w centralnych Chinach. Doskonale sprawdza się w połączeniu z tłustymi, pikantnymi sosami, jakie towarzyszą mu w kuchni tego regionu Państwa Środka, stojącej w rozkroku między tym, co utożsamiamy z klasycznymi chińskimi daniami, a bardziej orientalną tradycją mieszkańców stepu.

2. Cronut

Dowód na to, że w kuchni nie wymyślono jeszcze wszystkiego. Wynaleziony, a następnie opatentowany przez pracującego w Stanach Zjednoczonych francuskiego cukiernika cronut szturmem zdobył Nowy Jork i znajdziecie go w każdym przewodniku. Nazwa powstała z połączenia słów „croissant” i „doughnut”, bo tym właśnie jest ten deser: wysokim krążkiem w kształcie amerykańskiego pączka zrobionym z podobnego do francuskiego rogalika ciasta. Jak smakuje? Delikatny, puszysty, bardzo słodki, lecz złamany kremem z alkoholową nutą. W ogóle nie dziwią więc kolejki, które od lat ustawiają się przed lokalem w Soho.

3. Knysza

Choć w Polsce słowo „knysza” kojarzy się głównie z pochodzącą podobno z Breslau Hauptbahnhof, mało apetyczną krewną kebaba, to pierwotnie była czymś nieco innym (i o wiele smaczniejszym). Zupełnie zapomniane danie wschodnioeuropejskich Żydów przetrwało za oceanem, gdzie emigrowali oni w XIX wieku. Nadziana kapustą, ziemniakami albo serem z owocami miseczka z ciasta stanowiła bardzo popularny street food. I choć smaki będą dla nas znajome, bo znajdziemy je w wielu polskich daniach, to miło widzieć, że da się je zaadaptować na potrzeby jedzenia w biegu.

4. Grillowany kaktus nopal

Na zdjęciu w roli nadzienia do tacos, ma wiele innych zastosowań. Delikatny smak nie jest może sam w sobie porywający, ale w towarzystwie właściwych dodatków robi świetny efekt, zwłaszcza, że tekstura jest przyjemna. Może stanowić dobry, lokalny „wypełniacz” do wegańskich wariantów meksykańskich dań – mi jednak nie zawsze podchodzi jedzenie ich z tofu.

5. Grzany cydr

Niby nic takiego, a jak cieszy w grudniu! Dla znudzonych opatrzonymi grzańcami o smaku świąt ta mniej tradycyjna, gorąca szarlotka z procentami w płynie powinna być miłą odmianą.

Co sądzisz? Skomentuj!