Co by tu jeszcze spieprzyć?

Przyznaję się. Z perwersyjną przyjemnością czytam fanpage popularnego warszawskiego wortalu, który znany jest głównie z tego, że ochoczo przekleja informacje prasowe deweloperów, niekiedy okraszając je entuzjastycznym komentarzem, szczególnie jeśli dotyczą one kolejnego „najwyższego”, „prestiżowego”, czy tandetnego, ale zaprojektowanego przez pracownię firmowaną znanym nazwiskiem, wieżowca. A przy okazji od redaktorów (i fanów) obrywa się architekturze modernistycznej, w osobliwej korelacji z planami deweloperów względem działek zajmowanych przez „budy”.

Jednak nie sam chorobliwy entuzjazm redaktorów i ich fanów, wyrażany w radosnych komentarzach, zagrzewających deweloperów do walki o lepsze jutro Warszawy – przypominającej już jeża po chemioterapii – jest tym, co najbardziej mnie tam zadziwia. Wortal ów to znakomity agregator treści generowanych przez PR-owców firm deweloperskich. A ci, co logiczne, chwalą się kolejnymi planami, pomysłami i wizualizacjami. I tu dochodzimy pomału do sedna. Owe plany i wizualizacje są bezpośrednim odbiciem umów handlowych – w szczególności tych, które dotyczą atrakcyjnych działek w centrum miasta. Wiadomo, trzeba odtrąbić sukces w mediach i przyciągnąć najemców jeszcze zanim budynek powstanie. Takie czasy, konkurencja i nadpodaż powierzchni biurowych. Jednak te gołębie niosące w dziobach deweloperskie wieści, a także towarzyszące im balony próbne inwestorów, pokazują boleśnie coś, o czym mówi się od dawna.

Warszawa rośnie i rozwija się absolutnie bez jakiegokolwiek planu.

Warszawa rośnie i rozwija się absolutnie bez jakiegokolwiek planu. To już wiemy. Do tej pory wydawało się jednak, że mimo braku planów zagospodarowania przestrzennego i w obliczu zadawnionych roszczeń, pewne trendy, utrzymujące się od kilkunastu lat, dają nadzieję, że może nie będzie aż tak źle. Że odpowiednikiem Astany pozostanie Wola, a śródmiejskie okolice, także te, które przetrwały wojnę we względnie niezłej kondycji, pozostaną wolne od pazernych zapędów. I że dyskutowany od lat problem urbanistycznego dziedzictwa komunizmu, z placem Defilad na czele, doczeka się również rozwiązania kompleksowego i przemyślanego. Lektura wspomnianego fap-page zachwycającego się głosem administracji i fanów wszystkim, co się świeci, wskazują, że nie ma nadziei, a miasto w pędzie wyprzedawania działek zapędziło się tak, że nie tylko bierze pod uwagę dobrostanu mieszkańców, ale nawet zdarzyło mu się zwrócić tę samą działkę dwukrotnie. W Śródmieściu Południowym, na skrawku zieleni wśród przedwojennych kamienic, stanąć mają kościelne wieżowce, działka przy PKiN wyszarpana sprytnie przez handlarza roszczeniami (po co jakaś koncepcja zagospodarowania całości otoczenia, skoro przez 25 lat się nie udało, to wolny rynek zrobi swoje) tylko cudem – póki co – uniknęła zabudowania smutną wieżą, na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej zaś zapomniano już na amen o pomysłach odtwarzania zabudowy pierzejowej (której zwolennikiem mieni się nawet naczelny wspomnianego tu wielokrotnie wortalu), za to szumnie zapowiadany jest kolejny wieżowiec, który zdominuje i zasłoni PAST-ę (doprawdy zasługującą na lepszy los), a który dla zachowania tradycji miejsca proponuję nazwać Döner Tower.

Szumnie zapowiadany jest kolejny wieżowiec, który zdominuje i zasłoni PAST-ę (doprawdy zasługującą na lepszy los), a który dla zachowania tradycji miejsca proponuję nazwać Döner Tower.

Nie oszukujmy się, nie ma co liczyć na rozsądne plany zagospodarowania przestrzennego. Ani na usystematyzowanie tego, gdzie w mieście powinny dominować jakiego rodzaju funkcje. Nikogo nie obchodzi to, że w Śródmieściu mieszkają ludzie, nikogo w ratuszu nie interesują też kwestie związane z jakością powietrza (wspomnijcie o tym któremuś z urzędników, a usłyszycie stałą odpowiedź: zatrute powietrze nie bierze się z transportu kołowego, nie ma na nie wpływu nieprzemyślana zabudowa, wszystkiemu winni są mieszkańcy Otwocka, którzy palą śmieci w kozach), ani to, że pierwsza linia metra w godzinach szczytu osiąga już maksimum swoich możliwości, a druga jeszcze przez wiele lat będzie ułomna.

Po co zastanawiać się nad tym, jak będą żyli ludzie, co stanie się z zakorkowanym i uduszonym Śródmieściem, jak te tysiące pracowników dojadą do biur (albo co zrobić z biurami, których nikt nie będzie chciał)?

Ale po co zastanawiać się nad tym, jak będą żyli ludzie, co stanie się z zakorkowanym i uduszonym Śródmieściem, jak te tysiące pracowników dojadą do biur (albo co zrobić z biurami, których nikt nie będzie chciał)? Po co próbować planować perspektywami, choćby z myślą, że kolejna ekipa niekoniecznie te plany będzie kontynuowała (choć nie jest to wykluczone)? Po co wreszcie spotykać się z reprezentantami mieszkańców i wyjaśniać im budzące wątpliwości kwestie, jeśli można w świetle jupiterów przeciąć wstęgę w kolejnym wieżowcu?

Mam szczerą nadzieję, że mieszkańcy Warszawy wreszcie zobaczą co tu się wyrabia i zamiast ulegać kultowi Cargo (będzie więcej wieżowców – będziemy bogatsi!), przed kolejnymi wyborami samorządowymi porządnie się zastanowią, czy wśród kandydatów do rad i na urząd prezydenta miasta nie ma osób, dla których liczy się miasto i jego mieszkańcy, a nie deweloperskie srebrniki. Oby tylko tacy faktycznie się pojawili.

Co sądzisz? Skomentuj!