Burzenie Bastylii, czyli kilka słów o reprywatyzacji

Tydzień temu otworzyłem Magazyn Stołeczny, dodatek do gazety, „której nie jest wszystko jedno”. W nim – artykuł o aferze reprywatyzacyjnej. Sprawa rozpatrywana jest jedynie z perspektywy politycznej – czy HGW się utrzyma, dlaczego odwołano wiceprezydentów, kto na aferze politycznie straci, a kto zyska.

Co należy się Lubomirskim?

Na kolejnej stronie artykuł na rozkładówce o tym, jak „Lubomirscy walczą pod Sejmem”. Lubomirscy jeszcze za okupacji mieli plac i nieruchomości przy ulicach Matejki, Wiejskiej, Pięknej. Część działki już odzyskali, o drugą część jeszcze walczą. Artykuł został napisany na podstawie rozmowy z Janem Lubomirskim-Lanckorońskim. Autor artykułu wspomina jej okoliczności – „Rozmawiamy na tarasie na ostatnim pietrze budynku przy ul. Bartoszewicza w Śródmieściu, skąd roztacza się fantastyczny widok na Powiśle. To dawna kamienica, jeden z tzw. luksów, którą firma Lubomirskiego odremontowała i przerobiła na ekskluzywny biurowiec.”

Autor na wstępie oddaje głos Lubomirskiemu. „Jak mam się czuć? Jestem zszokowany. Decyzją władz poprzedniego ustroju odebrano mi grunt w centrum Warszawy. (…) część tego terenu, wbrew oczywistym prawom mojej rodziny, zabudowuje (…) Sejm. Zaś drugą część działki stołeczny ratusz zakazuje zabudować” – żali się Lubomirski-Lanckoroński.

Lubomirscy początkowo planowali, na nieodzyskanym jeszcze terenie, postawienie „komercyjnego biurowca o monumentalnej architekturze”. Teraz biurowiec chcą postawić na działce już odzyskanej. Działania ratusza mające to uniemożliwić (w postaci planu zagospodarowania terenu rezerwującego ten obszar dla zieleni) autor artykułu nazywa „torpedowaniem”.

Lubomirskiemu marzy się muzeum rodu, które mieściłoby się w części komercyjnego biurowca, a autor artykułu skwapliwie przytacza zasługi rodziny dla Polski i Warszawy. Lubomirscy wydali hetmana wielkiego koronnego, czterech marszałków wielkich koronnych, gospodarzem Warszawy w XVIII w. był Stanisław Lubomirski, a na początku XX w. – Zdzisław Lubomirski. Cóż, chłopom pańszczyźnianym takich zaszczytów nie dawano, były zarezerwowane dla możnej arystokracji. Czy dawna uprzywilejowana pozycja żyjącej z pańszczyźnianego niewolnictwa magnaterii ma jeszcze dziś dawać rodzinie Lubomirskich specjalne przywileje?

Prześniona rewolucja

Prześniona rewolucja” to tytuł głośnej książki Andrzej Ledera. Autor pochyla się w niej nad historią klasowych i własnościowych przeobrażeń w Polsce i ich wpływie na zbiorową (pod)świadomość. W wulgarnym skrócie: podczas gdy w Europie zachodniej system feudalny obalany był przez burżuazję i lud na drodze rewolucji, w Polsce obaliły go siły zewnętrzne. Najpierw car zniósł niewolnictwo (dopiero w 1864 roku!), wyzwalając chłopów pańszczyźnianych. Potem twór mogący uchodzić za „mieszczaństwo”, a który tworzyli głównie Żydzi, został zlikwidowany przez nazizm. Dzieła dokończyli komisarze z sowieckiego nadania, rozparcelowując majątki ziemskie, de facto likwidując ziemiaństwo.

Nigdy sami w słusznym gniewie nie szykowaliśmy gilotyn arystokratom, nie odbieraliśmy klerowi majątków, nie zmieniliśmy stosunków własności. Rewolucja była nam „dana”, nasz udział w niej marginalny, a często haniebny. Rabacja galicyjska, stodoła w Jedwabnem, rzeź na Wołyniu. To nie są wydarzenia nadające się na mit założycielski Republiki na miarę romantycznego zburzenia bastylii. Żadna Marianna (czy Anna Maria) z nagą piersią nie prowadziła nas na barykady.

Wszystko to sprawiło, że nie rozumiemy przyczyn i sensu „rewolucji”. Wstydzimy się jej, wypieramy ze zbiorowej świadomości. Udajemy panów, szukamy szlacheckich korzeni, jednocześnie miętosząc w rękach czapkę przed obliczem szefa i całując biskupa w pierścień. Legitymizujemy własność, nawet nabytą w opartym na wyzysku (a czasem niewolnictwie) systemie. Tezy jakże wielbionego przez nas Jana Pawła o społecznym pochodzeniu dóbr brzmią w Polsce jak smutny żart.

Święta własność i przestępstwa

Święte prawo własności legitymizuje też reprywatyzację. Najpierw spustoszenie w kieszeniach mieszkańców Warszawy siała Komisja Majątkowa. Nader gorliwie, a często w sposób przestępczy oddawała kościelne włości, które ten zgromadził na przestrzeni wieków. Przy okazji „restytucji” mienia Kościół wyłudził olbrzymie kwoty, „odzyskując” działki, których nigdy nie posiadał, zaniżając wartość przekazywanych terenów i sprzedając je z wielokrotną przebitką. I nawet nie o przestępczy proceder mi tu chodzi, nie o pazerność Kościoła, a o społeczne (i polityczne) przyzwolenie i zrozumienie dla jego roszczeń. Oddawanie mienia Kościołowi jest w Polsce tak oczywiste, że sama myśl, by jednak tego nie robić, wydaje się obrazoburcza.

Przez lata parlamentarzyści nie potrafili uchwalić ustawy reprywatyzacyjnej. No bo jak? Oddać wszystko – to będzie kosztowało majątek! Symboliczne rekompensaty? No to się nie godzi! W efekcie w Warszawie szaleje dzika reprywatyzacja. I nie ważne, że po wojnie wiele z reprywatyzowanych kamienic było w gruzach, że na reprywatyzowanych działkach są szkoły, przedszkola, przychodnie, że w tych domach od lat mieszkają ludzie, że one przez lata były utrzymywane i remontowane. Własność to własność, należy się zwrot w całości, a nawet rekompensata za utratę dochodu. O przestępczym aspekcie całego procesu, o wyłudzeniach „na kuratora”, odcinaniu prądu lokatorom, podpalaniu poddaszy, zastraszaniu ludzi, o zabójstwie Jolanty Brzeskiej już nie chcę tu pisać. Znów, chodzi mi o społeczne i polityczne uznanie majątkowych roszczeń.

Afera reprywatyzacyjna coś poruszyła. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze skutecznie wywołało temat i wprowadziło go do publicznej debaty, za co przyznaliśmy mu Nagrodę Pańskiej Skórki. Szkoda by było, gdyby afera sprowadziła się do aspektu politycznego. Może czas zastanowić się, komu co się w Polsce należy, kto ma faktyczne i moralne prawo do roszczeń? Może czas w końcu samodzielnie zburzyć Bastylię?

Co sądzisz? Skomentuj!