Budżet partycypacyjny – kapitulacja demokracji przedstawicielskiej?

Praca nad budżetem partycypacyjnym weszła w decydujący moment. Po weryfikacji formalnej i preselekcji urzędniczej obywatelskich projektów, 1390 zgłoszeń zostało poddanych pod powszechne głosowanie. Muszę jednak przyznać, że z budżetem partycypacyjnym mam pewien problem.

W szczególności problem mam ze stawianiem go w opozycji do budżetów tworzonych przez urzędników i przyjmowanych przez radnych. Ten obywatelski, w przeciwieństwie do właściwego budżetu miasta czy dzielnicy, ma jakoby wyrażać prawdziwe potrzeby mieszkańców, dać im realny wpływ na to, co dzieje się w ich okolicy, podnieść ich poziom podmiotowości politycznej i wspólnotowej, zwiększyć udział w podejmowaniu decyzji. I mniejsza o skalę tego „upodmiotowienia”, którą najlepiej oddaje proporcja wysokości obu budżetów (26 milionów na rok 2015 wobec ponad 14 miliardowych wydatków miasta w 2014 roku). Takie postawienie sprawy jest moim zdaniem kapitulacją idei przedstawicielskiej, demokratycznej samorządności.

Radni sprawujący nadzór nad aparatem urzędniczym miasta, jak i głowa tego aparatu, są wybierani i opłacani przez mieszkańców – mają reprezentować ich interesy i potrzeby. Cedując podział budżetu z powrotem na mieszkańców, w pewnym sensie samorząd podważa swoje własne kompetencje i kwestionuje zasadność własnego istnienia. Po co mamy płacić komuś za zarządzanie naszymi pieniędzmi, skoro potem sami musimy to robić – pisać projekty, nabywać kompetencje pozwalające je należycie ocenić, głosować? Czy przypadkiem organizując taki budżetowy plebiscyt samorządowcy nie wysyłają swoim wyborcom komunikatu: w zasadzie to nie wiemy czego wy chcecie i co jest nam wszystkim, jako społeczności, potrzebne, więc sami sobie zdecydujcie?

Moje obawy dotyczą też demokratyczności „obywatelskiego podejmowania decyzji”. Jaki odsetek mieszkańców Warszawy wiedziało o możliwości zgłaszania projektów i wie o możliwości głosowania? Powszechne wybory samorządowe są praktyka znaną i szeroko nagłaśnianą, obudowaną procedurami, również komunikacyjnymi. Ten plebiscyt, mimo kampanii informacyjnej Ratusza i wielu organizacji społecznych, to jednak novum, o którym nie wszyscy muszą wiedzieć.

Jaki odsetek mieszkańców ma kompetencje, aby taki projekt poprawnie złożyć? W demokracji przedstawicielskiej artykulacją interesów zajmują się partie polityczne, ewentualnie komitety wyborcze. Tu obywatel zdany jest na własne siły.

Jaka jest zdolność mobilizacji poparcia dla danego projektu różnych mieszkańców? Dla przeciętnego obywatela głównym lub jedynym kanałem komunikacyjnym (często bardzo wpływowym) jest Internet. Czy nie wyklucza to z demokratycznych procesów, np. seniorów, którzy gorzej radzą sobie z nowymi technologiami? Artykulacja potrzeb w systemie przedstawicielskim, mimo swoich ograniczeń wydaje się bardziej inkluzywna – osoby dysponujące kompetencjami (kandydaci na radnych) artykułują i reprezentują potrzeby tych, którzy kompetencji nie posiadają, w zamian za poparcie przy urnie wyborczej. Tak wybrana rada miasta reprezentuje wszystkich mieszkańców, a nie tylko tych najlepiej poinformowanych, najbardziej przedsiębiorczych, zdolnych do stworzenia projektów i pozyskania. Może pogłoski o śmierci demokracji przedstawicielskiej są jednak przesadzone? Mimo iż stara, i często w praktyce działająca wadliwie, ma ona swoje dobre strony.

Jednocześnie – nie jestem przeciwnikiem demokracji uczestniczącej i bezpośredniej. W szczególności doceniam „efekty uboczne” całego procesu uchwalania budżetu obywatelskiego, wychodzące poza podjęcie finansowych decyzji. Mobilizacja do zainteresowania sprawami publicznymi, współpracy i samoorganizacji a nawet do zwykłego poznawania sąsiadów – to wszystko wzmacnia lokalne więzi i wspólnotę polityczną. Dla radnych taki budżetowy plebiscyt powinien być ważną wskazówką, rodzajem badania pozwalającego odkryć potrzeby do tej pory nie ujawnione i nie mieszczące się w głównych nurtach lokalnej polityki. Dla mieszkańców zaś – poligonem zaangażowania i zachętą do korzystania ze swych czynnych, ale i biernych praw wyborczych.


Już niebawem przedstawimy nasz subiektywny wybór najciekawszych projektów poddanych pod głosowanie w ramach budżetu partycypacyjnego. Celowo pomijamy projekty oczywiste, takie jak infrastruktura drogowa. Wychodzimy z założenia, że radni mają świadomość tych potrzeb. Jednocześnie projekty infrastrukturalne są kosztowne i powinny być finansowane z „głównego” budżetu. Postaramy się pokazać projekty ciekawe, mające wpływ nie tylko na wygodę poszczególnych mieszkańców (jak nowe miejsca parkingowe), ale budujące wspólne dobro, niosące ze sobą wartość dodaną.

Co sądzisz? Skomentuj!