Bo fantazja jest od tego…

Od małego fascynowało mnie zjawisko nadawania nazw ulicom. Takie majestatyczne, trwałe, arbitralne – wymyślasz, decydujesz, dzieje się i trwa. I możesz mieszkać pod wymarzonym, Twoim własnym adresem, pod patronatem ulubionego bohatera literackiego, najpiękniejszych kwiatów czy potrawy, którą potrafisz jeść bez końca. Ot, dziecięce marzenia.

Okazało się, że fantazje te jak najbardziej są do spełnienia, gorzej, że dla bardzo limitowanego grona osób. Zwłaszcza, że te nie tyle gospodarują swoim kawałkiem podłogi, tylko z rozmachem wkraczają do cudzych domów i instytucji, przewracając w papierach i uczuciach, nie pytając za bardzo nikogo o zdanie.

Treść przepisów ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki (chyba jednak powinno być „pomników” – ale tak to jest, jak zdanie bywa zbyt długie, a zadanie do wykonania pilne) jest jasna i mieści się na jedynie czterech stron. To dość krótki tekst, jak na fakt, że rodzi dość poważne konsekwencje w życiu codziennym mieszkańców większości polskich miejscowości. W przypadku warszawiaków problem dotyczy 50 ulic, a przecież lista wciąż nie jest jeszcze zamknięta. W każdym razie, idąc za ustawowym prikazem, skoro Rada m.st. Warszawy nie dostrzegła dostatecznych związków z okresem, który należy wymazać z historii Polski, Wojewoda Mazowiecki musi wziąć sprawy w swoje ręce i uruchomić wyobraźnię, jeśli chodzi o nowe nazwy obiektów. Teoretycznie nie robi tego sam, bo do stwierdzenia konieczności puszczenia w niepamięć potrzebna jest opinia Instytutu Pamięci Narodowej. Niestety, kolegialność w przypadku wydawania zarządzenia zastępczego będącego swoistym chrztem dla ulicy już nie działa, więc jest hulaj dusza, piekła nie ma.

Zazdroszczę po cichu takiej możliwości. Wszak fantazja jest od tego, aby bawić się na całego – choć jej wodze nie do końca zostały puszczone, skoro przykładowo Jacek Kaczmarski, uhonorowany już skwerem na Mokotowie, w ramach tej samej dzielnicy zastąpi Modzelewskiego patronatem ulicy. Zbigniew Herbert z kolei wyręczy Kruczkowskiego na Powiślu, pozdrawiając jednocześnie z parku na Bielanach. Nie zazdroszczę z kolei mieszkańcom ulic ze zmienionymi nazwami, bo choć dowody osobiste nie wymagają wymiany, to tabliczki na budynkach już owszem, a w przypadku przedsiębiorców adresy w rejestrach należy uaktualnić – nie zawsze bezpłatnie. To tylko czynności, które trzeba podjąć, nie wspominam o procesie przyzwyczajania się do nowej nomenklatury, bo to każdy przeżyje indywidualnie, w swoim tempie.

Pytanie tylko, czy zdąży przeżyć do momentu rozstrzygnięcia przez Wojewódzki Sąd Administracyjny skarg złożonych przez Radę m.st. Warszawy na wydane 47 zarządzeń zastępczych wojewody. Bo może się okazać, że zarządzenie zostanie uchylone, a dotychczasowa nazwa przywrócona. I znowu będą aktualizacje oznaczeń budynków i wnioski o zmianę wpisu w KRS za 250 zł.

Żeby nie było – osobiście trzymam kciuki za powodzenie skargi. Nie lubię, gdy moje dziecięce marzenia realizowane są przez kogoś innego, i to na tak szeroką skalę. Pozostaje mieć nadzieję, że w przypadku odwołania patrona wybranego przez wojewodę, następca zostanie wybrany w sposób zgodny z uchwałą Rady m.st. Warszawy w sprawie nazewnictwa obiektów miejskich, po konsultacji z osobami bezpośrednio zainteresowanymi zmianą. Bo w gruncie rzeczy ja zupełnie rozumiem, że nie wszystkim się dotychczasowe nazwy podobały – w końcu pomnik Berlinga przy Moście Łazienkowskim regularnie ktoś oblewa czerwoną farbą. Może jednak o tak istotnych zmianach decydujmy wspólnie, z rozwagą, i mając na względzie, by nikt z naszych znajomych nie szukał naszego mieszkania gdzieś w okolicy parku znajdującego się w zupełnie innej części miasta.

Co sądzisz? Skomentuj!