Błąd Centralny: dlaczego nie chcę, by „zielone serce Warszawy” biło na Placu Defilad

Jan Śpiewak, który niedawno deklarował, że nie chce Nowego Jorku w Warszawie, nagle zmienił front. Z Manhattanu zamiast dwustumetrowych wież proponuje sprowadzić odpowiednik Central Parku i uczynił to osią swojej kampanii wyborczej. Jak wiele wizji z rozmachem, ta też spełniła swoją rolę i zebrała mnóstwo lajków na Facebook’u. Może Wolne Miasto Warszawa traktuje projekt tylko jako kampanijny clickbait (politykom takie rzeczy się zdarzają – nie oceniam), ale jeśli propozycja jest na poważnie, to podważa wiarygodność pomysłodawców, lubiących się prezentować jako najwyżsi sędziowie w sprawach miejskich. Przedstawili bowiem rozwiązanie antymiastotwórcze, które każe wątpić, czy Jan Śpiewak i jego ruch rozumieją problem przestrzeni Warszawy.

Zanim podzielę się zastrzeżeniami do propozycji Parku Centralnego, dwie uwagi wstępne.

Po pierwsze, zgadzam się, że z zielenią mamy w stolicy mamy problem. Na Pańskiej Skórce parę miesięcy temu wykazano na przykład, jak dzielnice sobie radzą z nasadzeniami – i tak, drzew ubywa. Są w Warszawie pustynie z betonu i asfaltu w centrum, są zielone, ale dzikie i niedostępne pola na obrzeżach, są parki i skwery – ofiary reprywatyzacyjnego albo innego „niedasizmu”. Ze względu na to rozumiem, dlaczego pomysł Parku Centralnego został przyjęty z takim entuzjazmem (choć właściwie nie jest rozwiązaniem tych problemów, za które należy się zabrać niezależnie od kształtu Placu Defilad).

Po drugie, w dyskusji o Parku Centralnym pominę kwestie czysto finansowe, inżynieryjne i prawne. Każdy sposób zagospodarowania Placu Defilad będzie bowiem drogi, trudny do wykonania i na koniec dnia – pewnie wymusi modyfikację obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego. Skupię się na przestrzeni, wizji i funkcjach Placu. Placu, który może dać Warszawie zwarte, pulsujące miejskim życiem i promieniujące energią na całą okolicę centrum w miejscu dla niego naturalnym w strukturze miasta. Takiego centrum nie będzie, jeśli powstałby Park Centralny.

Jan Śpiewak, niczym młody architekt świeżo po ukończonym z wyróżnieniem kursie u Corbusiera, forsuje megaprojekt wierny ideałom skompromitowanego modernistycznego planowania. Samo centrum Warszawy stałoby się – przynajmniej w założeniu – ogromną, zieloną, łączącą mieszkańców przestrzenią, która będzie wizytówką stolicy, poprawi jakość powietrza i zachwyci turystów. Nie da się ukryć, Park Centralny świetnie wygląda na komputerowych grafikach. Niczym rasowy deweloper swój „Konwaliowy Zakątek” czy inne „Edeńskie Tarasy”, tak Wolne Miasto Warszawa wypuściło w świat reklamowy folder. Ale tak jak modernistyczna wizja miasta i deweloperska wizualizacja, zawiera on obietnicę przyszłości, która się nie ziści.

Plac Defilad to ścisłe centrum Warszawy. W jego bezpośredniej okolicy zbiegają się kluczowe linie komunikacyjne, sąsiaduje ze stanowiącym kwintesencję miejskości Śródmieściem Południowym i zwartymi okolicami Ściany Wschodniej. Teren wokół Pałacu Kultury i Nauki jest jednak fatalny, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, odcinają go od miasta autostrady, jakimi są Marszałkowska i Aleje Jerozolimskie. Po drugie, na jego wielkiej, betonowej płycie nie ma nic, co przyciągałoby ludzi i miejskie życie. Na Plac nie wchodzimy, a nieskończenie długie chodniki wokół pokonujemy tak szybko, jak to możliwe.

To jednak nie zmienia faktu, że Plac Defilad mija codziennie dziesiątki tysięcy warszawianek i warszawiaków. Jeśli tylko stworzyć im do tego warunki, wypełnią ten fragment Warszawy energią i aktywnością. Żyjące okolice Poznańskiej, Chmielnej, placu Grzybowskiego aż proszą się o połączenie zwartym, ciekawym architektonicznie, różnorodnym i dostępnym kawałkiem miasta. Kawałkiem miasta, po którym będzie się chciało chodzić. Który wypełni się świetnymi lokalami i ciekawymi sklepami, ale będzie miał atrakcyjne przestrzenie publiczne dla stałych mieszkańców. Który zwróci (koniecznie przy tej okazji przeprojektowanym i zawężonym) alejom Jerozolimskim i Marszałkowskiej utracone pierzeje, włączając je trwale w krwioobieg miasta. Nie da się? Da się. Po prostu poczytajmy, co na temat projektowania miasta ma do powiedzenia Jan Gehl, chyba największy obecnie autorytet w tej dziedzinie. Taka inwestycja, z uwzględnieniem zachowania terenu o formie i funkcji placu (ale w ludzkiej skali i nieprzerabialnego na parking) realnie odpowie na potrzeby Śródmieścia i wykorzysta w pełni jego potencjał. I będzie, dodajmy, całkiem zielona, dzięki wykorzystaniu podrośniętych drzew otaczających PKiN z kilku stron.

Jak w tych okolicznościach wypada pomysł Janka Śpiewaka? Według mnie – bardzo blado.

Park Centralny w żaden sposób nie rozwiąże kluczowego problemu Warszawy, bo nie da jej zintegrowanego i zwartego Śródmieścia, które moglibyśmy nazwać „centrum”. Czy Park Skaryszewski łączy funkcjonalnie Saską Kępę z Kamionkiem? Czy Pole Mokotowskie tworzy związki między Starym Mokotowem a Ochotą? Nie, jest wręcz przeciwnie. W powyższych przypadkach to jednak nie kłopot: nie ma potrzeby z tych samodzielnych organizmów czynić jednego, same świetnie sobie radzą i spełniają swoje funkcje. Potrzeby w Śródmieściu są jednak inne. Park Centralny nieprzyjemną, betonową miejską pustynię zamieni w przyjemniejszą, zieleńszą, ale dalej – miejską pustynię. Przeskalowaną i niewygodną. Nie będziemy przez niego przechodzić, gdy będziemy chcieli dotrzeć z jednego punktu w Śródmieściu do drugiego, bo w ładnych, ale krętych alejkach łatwo się zgubić. Będziemy go omijać wieczorami, bo trudno będzie w nim utrzymać bezpieczeństwo. Będziemy go unikać zimą, bo kiedy między PKiN i okolicznymi wieżowcami zawieje lodowaty wiatr, to ze świecą przyjdzie nam szukać kawiarni, w której dałoby się przed nim schować. Park Centralny stanie się najwyżej atrakcją dla turystów oraz mieszkańców Złotej 44 i Cosmopolitana (kto by pomyślał, że właśnie im potencjalny kandydat lewicy społecznej na prezydenta zechce dać prezent i podnieść wartości ich apartamentów – wszak będą tuż przy wielkim parku).

Pomysł forsowany przez Wolne Miasto Warszawa ma też nieuleczalną wrodzoną wadę – jest klasycznym przykładem koncepcji urbanistycznej tworzonej z pokładu helikoptera (bo z jego wysokości przelotowej doskonale się prezentuje), która jednak ignoruje perspektywę realnego uczestnika życia miejskiego. Ten stąpa po ziemi kilkaset metrów niżej. Z poziomu ulicy Pałac Kultury i Nauki będzie, niczym zaginiona aztecka świątynia, wynurzać się z morza zieleni – i podobnie jak w jej przypadku, do środka budynku dotrą tylko najwytrwalsi, gotowi przebijać się przez dżunglę. Park trwale odetnie PKiN od reszty tkanki miejskiej i dodatkowo podkreśli jego dominację w przestrzeni tej części miasta. Dwie niesmaczne pieczenie na jednym ogniu.

Ostatecznie, mam poważne wątpliwości, czy dla „zwykłych” warszawianek i warszawiaków Park Centralny przyniesie jakąkolwiek jakością zmianę. Czy mieszkańcy odległych dzielnic zaczną się w nim umawiać na jogging? Czy matki z Ursynowa i Bielan wtoczą swoje wózki do metra, by spacerować po nim z dziećmi? Czy latem gremialnie udamy się tam na piknik? Część z nas – pewnie tak, ale dobrej jakości, dostępne przestrzenie zielone są bardziej potrzebne bliżej miejsca zamieszkania. Fenomen i sukces Central Parku, do którego zdaje się odwoływać Jan Śpiewak, wynika z innych czynników: ogromnej intensywności zabudowy i gęstości zaludnienia Manhattanu, oddzielenia jego mieszkańców od terenów zielonych przez przestrzennie rozrośnięty Nowy Jork (gdzie, dodajmy, tereny pod parki rezerwowano rzadko) czy podłużnego kształtu, dzięki któremu park zaspokaja potrzeby mieszkańców przynajmniej kilku dzielnic. Warszawa jest inna, ma inne przestrzenie i potrzeby, powinniśmy więc do rozwiązywania jej problemów podejść inaczej.

Dramat i nieszczęście Warszawy polega na tym, że od dziesięcioleci nikt nie starał się tutaj budować żyjącego, działającego miasta w ludzkiej skali. Że jej funkcjonalne centrum jest rozczłonkowane i niegościnne. Że pełno w nim złej architektury i porwanych pierzei, a mało jakościowych przestrzeni publicznych, „miejsc” z prawdziwego zdarzenia. Chociaż to wstyd, że epopeja Placu Defilad trwa tak długo, może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Bogatsi o prawie 30 lat raczej złych doświadczeń w kształtowaniu miasta w demokracji mamy szansę zbudować Warszawie kawałek przyjaznego i całkiem zielonego śródmieścia, którego kształt będzie przyciągać życie i aktywność, a dobra architektura zbierze międzynarodowe nagrody. Jeśli zgodnie z lokalną tradycją zadziałamy według zasady „a teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!” i posadzimy w centrum park, to nic takiego się nie wydarzy.

Co sądzisz? Skomentuj!