#BitwaWarszawska2018 – ostatnia prosta

Wybory coraz bliżej, kampania powoli zbliża się do końca, niedługo ktoś wygra, ktoś przegra, w ratuszu będzie po nowemu, albo po staremu – najprawdopodobniej niekoniecznie lepiej, ale kto to wie? Nie oceniając programów ani szans kandydatów, przyjrzyjmy się temu, co zaserwowali nam w ostatnich tygodniach podczas gorącej – i nierzadko bardzo nieeleganckiej – kampanii wyborczej.

Dyskurs

Choć przy każdych kolejnych wyborach dyskurs polityczny sięga nowego dna, to kampania samorządowa AD 2018 przejdzie być może do historii jako jedna z brudniejszych. Wprawdzie nie było „dziadka z Wehrmachtu” (choć kto wie, czym nas jeszcze kandydaci zaskoczą w ciągu ostatniego tygodnia), ale za to mieliśmy – głównie w wykonaniu dwóch najpopularniejszych w sondażach kandydatów – festiwal przedszkolnych zagrywek, wykorzystywania bez litości błędów przeciwnika zamiast mówienia o programie i możliwych do realizacji (nie mylić z kiełbasą wyborczą) pomysłach na Warszawę.

Patryk Jaki dołożył do tego szantaż (także na przedszkolnym poziomie) pod tytułem: „jak ja wygram, to Warszawa dostanie pieniądze od rządu, jak nie wygram ja, to zapomnijcie o dotacjach” oraz całą paletę populistycznych obietnic. To ostatnie było widoczne szczególnie w czasie telewizyjnej debaty, kiedy kandydat PiSu wzbił się na wyżyny obiecywania wszystkim wszystkiego – zieleni, nowych technologii, inwestycji, lepszego transportu publicznego, mniejszych korków przy jednoczesnym wpuszczeniu większej ilości samochodów, nieskończonej + 1 liczby linii metra itd. itp. Spointował to deklaracją wypisania się ze swojej partii politycznej, aby – na tydzień przed wyborami – jawić się jako bezpartyjny kandydat z PiS.

Inni kandydaci wypadali na tym cyrkowym tle dwóch głównych graczy dość blado – albo byli merytoryczni i progresywni (Jan Śpiewak, Justyna Glusman), przez co tracili szanse na populistyczne show, albo puszczali poręcz całkowicie (tradycyjnie Janusz Korwin-Mikke, trollersko – Paweł Tanajno, w duchu ekstazy religijnej – Krystyna Krzekotowska, na poziomie WTF – Jan hrabia Potocki). Prawie niczym w kampanii nie zaskoczył Piotr Ikonowicz – jak zwykle nie wygra, ale jak zwykle udało mu się zwrócić uwagę na sprawy najbardziej potrzebujących mieszkańców Warszawy. Dość kuriozalne są natomiast jego tegoroczne hasła dotyczące walki z rowerzystami (sic!)

A propos dwóch głównych graczy – sam, pisząc ten tekst, już od początku uległem dość paskudnej narracji, jaką od początku kampanii lansowały komitety PO i PiS, mówiąc o starciu Trzaskowski-Jaki. Dziwnym nie jest, że walka o Warszawę toczy się między dwoma największymi politycznymi plemionami. I że – niejako z założenia – ich kandydaci na dzień dobry mają dużą premię punktową za partyjne plecy. Ale to, co mówią oni, to jedno, a to, że narrację o jedynie dwóch kandydatach podchwyciła spora część mediów, to już smutna, antydemokratyczna w naturze, sytuacja.

Kreatywność i zaangażowanie

Mistrzem kreatywności – bez wątpienia – zostaje w tej kampanii Paweł Tanajno. Począwszy od nazwy komitetu wyborczego „Odkorkujemy Warszawę, RiGCz, Hawajska+” po prezentowane pomysły (zastąpienie urzędników algorytmami i skierowanie ich do rozwożenia pizzy z ananasami). Ale ponieważ propozycje p. Pawła trudno w jakikolwiek sposób traktować jako poważne, przyjrzyjmy się innym uczestnikom Bitwy Warszawskiej. Kandydaci „głównego nurtu” postawili na sprawdzone (choć niekoniecznie najbardziej skuteczne) metody – billboardy, spoty, niezbyt udane piosenki wyborcze i memy dzielnie dystrybuowane przez internetowych wojowników obu partyjnych plemion. Obaj też – ze wskazaniem na Patryka Jakiego – wychodzili do ludzi. Rafał Trzaskowski postawił na tournée po dzielnicach (nie ustrzegłszy się kilku lapsusów geograficznych), zaś Patryk Jaki – na dystrybucję kawy. Najpierw w wynajętym lokalu, ale niestety – jak się później okazało – bez zgody Sanepidu, następnie – na ulicach. Trzaskowski pokazywał się na różnego rodzaju konwencjach i wiecach, Jaki udawał, że stoi pod blokiem – również na konwencjach i wiecach, a także – jak na bezpartyjnego kandydata przystało – ściskając dłonie rozmaitych ministrów.

O wiele więcej ciekawych rzeczy działo się jednak wśród kandydatów bez partyjnych pleców. Kiedy Jacek Wojciechowski wynajął na potrzeby dymiący dieslowskimi oparami autobus (który zresztą parkował w miejscach niekoniecznie dozwolonych), Miasto Jest Nasze spunktowało go chyba najsympatyczniejszym pomysłem tej kampanii – Glustramem, czyli tramwajem, do którego można wskoczyć, poznać kandydatów i miło spędzić czas podczas jazdy po mieście. Kandydaci MJN są też bardzo aktywni „w plenerze” – to ich oraz Wolne Miasto Warszawa najczęściej spotkacie na ulicach, bazarkach i stacjach kolejowych. I to wychodzenie do ludzi, możliwość porozmawiania, bycie blisko wyborców od świtu do nocy (i zgrabne wykorzystywanie tego w komunikacji), robi wrażenie szczerości i zaangażowania, w odróżnieniu od pokazówek Trzaskowskiego i Jakiego. Wolne Miasto Warszawa poszło jeszcze dalej i postawiło na intensywne „pielgrzymowanie” kandydatów w modelu door-to-door. A duże partie głównie zaśmiecają miasto nielegalnymi (lub zapewne legalnymi, ale mało „eleganckimi”) plakatami, choć – co ciekawe – w ramach Koalicji Obywatelskiej widać pewien dysonans w postaci znacznie większego „oddolnego” zaangażowania kandydatów .Nowoczesnej i tradycyjnie „olewczego”, ograniczającego się głównie do plakatów i „zdjęć z misiem” podejścia ich kolegów i koleżanek z PO. W kategorii „kreatywność” punkcik należy się też Jakubowi Stefaniakowi z PSL. Choć kandydat ani za bardzo pomysłów na Warszawę nie ma, ani nie wydaje się, by startował z przekonaniem, to jego spot, w którym „Rafał” próbuje naprawić warszawę (samochód) taśmą, jest tyleż celnie złośliwy, co zabawny – i niezależnie od sympatii lub antypatii politycznych, może budzić uśmiech.

Absurdy

Tych jest wiele i nie ustrzegła się ich większość kandydatów. Bez wątpienia prymat dzierży dwóch panów związanych z prawą stroną sceny politycznej – Patryk Jaki (z „odsłupkowywaniem” miasta, wyprawą sofijską celnie skomentowaną przez tamtejszych aktywistów, zabudowywaniem Wisły, fałszywie „ulicznym” rapem napisanym przez wrocławskiego producenta oraz wisienką na torcie w postaci wspomnianego już finansowego szantażowania warszawiaków) oraz Janusz Korwin-Mikke, którego pomysły i stwierdzenia wstyd przytaczać nawet dla śmiechu. Mocno w tej kategorii wypada też hrabia Potocki, chcący rozwijać Warszawę za pieniądze z reparacji wojennych. O Pawle Tanajno było już wyżej ;)

Kandydaci partyjni i niezależni

Sondaże, które na ten moment dają największe szanse kandydatom partyjnym, to zła wiadomość dla Warszawy. Z tego prostego powodu, że ich propozycje i programy są oderwane od rzeczywistości, co widać jasno w momencie konfrontacji z tymi, którzy – w przeciwieństwie do partyjnych nominatów – dla miasta pracują od wielu lat naprawdę, bezinteresownie i z pełnym zaangażowaniem. Wielu moich znajomych, którzy nie interesowali się szczególnie dostępnym „asortymentem kandydatów” lub którzy nie mieli dostępu do wiedzy o nich, przez wspomniane duopolistyczne podejście większości mediów, w czasie telewizyjnej debaty było zaskoczonych merytorycznym i konkretnymi argumentami Justyny Glusman i Jana Śpiewaka. Przypomina to casus debaty przed wyborami parlamentarnymi, kiedy po raz pierwszy szanse na dotarcie do szerokiego grona odbiorców miała partia Razem. Co się wydarzy w niedzielę – zobaczymy, jedno jest pewne – na wybory iść należy, a ja mogę jedynie zachęcić Was do tego, aby faktycznie głosować zgodnie z przekonaniami i na podstawie propozycji programowych, a nie tylko słupków i narracji sprzyjających jednej z największych partii mediów.

Co sądzisz? Skomentuj!