Bezbrona Cywilna: Po nas tylko potop lub pustynia.

Na łamach bloga pisaliśmy niedawno o tym, co mogłoby się stać, gdyby w Warszawie naprawdę coś się stało. Redaktor Kaliszewski poruszył istotny wątek schronów cywilnych. Szczęśliwie nie wyciągał daleko idących wniosków, ani nie snuł atomowych fantazji. Zrobiłem to za niego ja.

Schrony. To, co w czasach słusznie minionego ustroju było elementem polityki obronnej wymuszonym przez ciągłe zagrożenie atakiem atomowym dziś leży i kwiczy. Strach podsycany przez zimnowojenny klincz między USA, a ZSRR miał jasne przełożenie na budownictwo. Schrony dla ludności cywilnej były budowane w piwnicach budynków mieszkalnych i utrzymywane w stanie ciągłej gotowości. W razie ataku wiadomo było, gdzie się udać. Nawet jeśli szanse na przeżycie były w nich nikłe to istniał plan.

Strach przed bombą wyparował wraz z transformacją ustrojową, a schrony odeszły w zapomnienie. Ich wspomnieniem są właśnie osiedlowe „grzybki” służące jako kanały wentylacyjne. Dziś używa się ich głównie jako ławek, bo i tych brakuje. Warto zapytać więc budowniczych nowej Warszawy czy pamiętają o schronach? Wiemy, że istnieją one dla najważniejszych osób w państwie. Co ze zwykłymi mieszkańcami i ich bezpieczeństwem?

Pozostałość po osiedlowym schronie. (fot. Wikipedia). 

Zastanówmy się nad najgorszym scenariuszem. Brak planu reakcji na atomową zawieruchę został podany do wiadomości publicznej. Mają do niej dostęp wszyscy poza sztabem kryzysowym, który zbiera się by przygotować ewakuację rządzących Polską, ale nie Warszawą. Ratusz robi, co może. Zwołuje nawet konferencję prasową. Tymczasem nad stolicę lecą już wrogie pociski. Pierwszy wariant ataku zakłada uderzenie z precyzją skalpela. Celem rakiet są uregulowane brzegi Wisły – po obu stronach. Rezultatem precyzyjnych wybuchów jest zalane miasto, bo spiętrzone wody królowej polskich rzek nie mają się gdzie rozlać. Dodatkowe rakiety posłane w Filtry pozbawiają Warszawę wody pitnej. Jeszcze kilka uderzeń w elektrociepłownie na Żeraniu, Siekierkach i w Kawęczynie oraz lotniska na Okęciu i w Modlinie, węzły autostradowe i jesteśmy odcięci. To wariant oszczędny.

Jeżeli jednak Warszawa miałaby się stać celem nuklearnego ataku to warto wspomnieć o zasięgach eksplozji. Załóżmy, że głowice spadają na samo centrum miasta czyli Pałac Kultury i Nauki. Niech statystyki przemówią same za siebie:

Moc bomby Ofiary śmiertelne Ranni Promień kuli ogniowej Promień radiacji Promień fali uderzeniowej Promień promieniowania cieplnego
20 ton 3550 1260 20 m 60 m 120 m 430 m
10 kiloton 48130 174990 150 m 1,05 km 1,51 km 1,53 km
1,2 megaton 695570 805680 1,04 km  Nie chcecie wiedzieć. 7,47 km 13,2 km
100 megaton 1935060 1151470 6,1 km  Naprawdę nie chcecie wiedzieć. 32,6 km 73,7 km

W przypadku bomby o mocy 20 ton zniszczone zostałoby centrum Warszawy. Bomba o mocy 100 megaton zanihilowałaby całe Mazowsze i dużo więcej. Fala uderzeniowa o promieniu prawie 33 kilometrów starłaby z powierzchni ziemi całą Wielką Warszawę… Tak wyglądałoby to w praktyce.

Bomba o mocy 20 ton mogłaby zniszczyć ścisłe centrum miasta. 

W przypadku 10 kiloton nie ma już kilku dzielnic. 

1,2 megatony to wyrwa w sercu Mazowsza. 

100 megaton to nasz koniec. 

O dalsze wnioski się nie pokuszę. Pozostaje żyć spokojnie i robić swoje w tej naszej cywilnej bezbronie. Wszyscy w końcu kiedyś umrzemy. To tylko kwestia czasu.

*****

Apokaliptyczny scenariusz możecie zrealizować własnoręcznie tutaj.

https://nuclearsecrecy.com/nukemap/

Mam nadzieję, że nikt nie weźmie go sobie do serca.

Co sądzisz? Skomentuj!