Ballada o akademiku Jelonki

Od dawna planowałem się zemścić. Na Jelonkach. Wiele razy słyszę, że to klimat, że ekstra, że dekadencja. Może i tak. Poetyckich ciężko im odmówić. Ale dziś wywlekę ich brudy na wierzch jak mściwa kochanka gwiazdora redaktorowi pudelka. A może polecieć Kultem i Markiem Hłasko? To się zobaczy.

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: STD1979

W tych drewnianych barakach mieszkali radzieccy budowniczy wznoszący Pałac Kultury. Ale nie wszyscy wiedzą, że Towarzysze wznieśli te prowizoryczne domki z desek pochodzących z rozbiórki obozu jenieckiego. To duchowo obciąża. Ja przynajmniej w to święcie wierzę. Ale to nie koniec. Akademiki nie miały żadnej portierni. W każdym działy się sceny dantejskie. Każdy mógł wleźć, upić się, przespać za darmo, wyrzygać na korytarz i spokojnym krokiem odejść. I coś ukraść na odchodne. Częsty scenariusz. Ja tam mieszkałem w latach 2000-2002. Dłużej nie wytrzymałem. Ale jest co wspominać.

Chory budował, chory projektował

Kilkanaście domków wylądowało na pograniczu Woli i Bemowa jak przybysze z kosmosu. Konstrukcja parterowa, ze spadzistym dachem. Okna drewniane, nieszczelne, obficie powlekane farbą olejną, otwierane z ruska – na zewnątrz. Okna były dwuczęściowe. Między jedną a drugą szybą były spore odległości. Ponieważ mało kto miał lodówkę, produkty spożywcze trzymano między szybami. Masło, kiełbasy, sery, warzywa – wszystko w oknach. Pyszny widok! Nie pamiętam czym były przykryte dachy, ale stawiałbym na falisty, poczciwy eternit. On był tu najmniejszym problemem. Największym problemem było wejście bez żadnego portiera. Co za zaufanie społeczne wobec studentów. Było to zatem miejsce dzikich orgii i mieszkania „na waleta". „Waletowanie" było specjalnością tego miejsca. Brało się typa do pokoju na krzywy ryj. Zaoszczędzone pieniądze można było wspólnie przepić, co też czyniono. Od czasu do czasu administracja osiedla urządzała naloty, czyli polowanie na waletów. Mimo wszystko zjawisko to zaczęło słabnąć dopiero na skutek większego egoizmu studentów, którzy nie chcieli mieszkać we cztery osoby w pokoju. Bo kiedyś pokoje były trzyosobowe.

Higiena i komunikacja

O higienę dbało się w zbiorczej łazience z jednym prysznicem. Jedna damska, jedna męska. W akademikach mieszkało 40-50 osób. Tylko kilka osób rano mogło liczyć na luksus ciepłej wody. Terma elektryczna wolno grzała, a po wykąpaniu się kilku delikwentów, kolejni kąpali się w letniej wodzie, a następni w zimnej. Nogi myło się w umywalkach, bo było ich bodajże 6. Nie było to brane za nietakt. W biedzie ludzie wybaczają sobie więcej. Łączność ze światem zapewniały światłowody i świetnie działające Wi-fi. To naturalnie bullshit. Był jeden telefon stacjonarny typu RWT Bratek. Tarczowy, analogowy, zdezelowany. W jednym domku doszło do zabawnej usterki. Te telefony służyły tylko do odbierania połączeń lub do dzwonienia do innych domków.

Bzyk, pstryk w centrali i jeden z telefonów się odblokował. Można było zadzwonić nawet do Australii. I tak się działo. Aparat okupowała niejaka Oliwka, która obdzwaniała pół świata. Dodzwonić się do kogoś nie było sposobu. A był to domek dziewczyny, którą skutecznie poderwałem. Mowa o mojej żonie. Musiałem wpadać osobiście. Właściwie nie ma tego złego.

Oprać się można było w bębnowej pralce Frani. Jedna sztuka na cały akademik. Rwała skarpety na strzępy. Duże ciuchy były w stanie przetrwać. Odpowiedzialność za Franię brał starosta domku. Raz byłem to ja i wtedy natychmiast ją skradziono. O tym jak pozyskałem nową Franię zrobię oddzielny wpis. To materiał na mikro-nowelkę.

Umeblowanie pokoi stanowiły ohydne słupki z dykty, pomniejsze szafki i kosmicznie wygniecione łóżka. Były też małe stoliki i meble zdobyczne. W naszym domku były tylko myszy. Były domki, gdzie były prusaki. Myszy nie są takie złe.

Domki miały ganki, na których odbywały się imprezy w miesiącach ciepłych. Stawiano na nich grille, piwo, wódkę, na jednym nawet garażowano motocykl. Co kto chce. Tolerancja była duża. Byle nie ukradli. Ja też miałem tam swój imprezowy udział. Ludzie z roku do dziś pamiętają to wydarzenie. Kiełkował we mnie talent eventowy...

Bezsenność i nocny czytelnik Kuba

Trafiłem na Stare Jelony po tym, jak wykończyły mnie prusaki w ohydnym mieszkaniu na Hucie. Właziły do lodówki, wpełzały pod boazerię, a gdy zobaczyłem kiedyś jak samica prusaka w konwulsjach wydala z siebie przezroczyste ni to jaja, ni to młode prusaczątka, dałem stamtąd dyla. Pamiętam, że właścicielem mieszkania był cwaniak w białych skarpetkach z napisem Coca-Cola, który mówił do mnie per kierowniku. Z dużą dozą pogardy i ironii. Jak mieszkałem z Kubą, tak się z Kubą wyprowadziłem. Na początku mieszkałem z nim w domku przylegającym do Górczewskiej. Numer wyparował z pamięci. Miałem wtedy złe chwile. Rozstałem się z Agatą (to był mój olbrzymi błąd, szczęśliwie naprawialny) i miałem depresje połączoną z bezsennością. Kuba to intelektualista i nocny Marek. I jakoś na Jelonach mu się ten nocny tryb uaktywnił. Kuba był bardzo sympatyczny, ale mocno odstający od społecznych szablonów. Ja nie mogłem zasnąć, gdy on czytał po nocach książki, chodził po tych skrzypiących deskach, dzwonił szklanką z herbatą. Makabra. Moje prośby nic nie dawały. Po miesiącu zmieniłem lokal, choć nadal lubiłem Kubę. Do niego wprowadził się jakiś krzepki i prosty człowiek, który zaprowadził w pokoiku mir, ład i ciszę nocną. Metodą siłową. Tym razem Kuba szybko wymiękł przy tym Panu. I on się wyprowadził. Każdy trafił gdzie indziej.

Domek numer 68 – czyli Radom wita

Przez chwilę mieszkałem w nowym akademiku, czyli na Nowych Jelonkach. Ciepła woda w kranie, wysoka opłata miesięczna, czysto i wścibska portierka w zestawie. Znów wróciłem na Stare Jelonki, by ulżyć kieszeni. Poszedłem do administracji, którą kierował niejaki Pan Korbel. Nie wiem, czy nie dał mi domku 68 w jakimś akcie złośliwości. To był dom banitów. Mieszkał tam pierwszy rok Stosunków Międzynarodowych, którego znaczna część to ludzie z Radomia i okolic. Jednym z imprezowych hersztów był tam Wieniawa. Taka ksywa. Pili wódkę i inne alkohole, darli ryje i imprezowali non stop. Ja trafiłem do normalnego pokoju do Maćka i do Tomka. Byli mi jak bracia w więziennej celi. Wokół nas galeria ludzi o prostych potrzebach. A ja z Maćkiem mówiłem o Bogu, filozofii i muzyce klasycznej. Świat to magia kontrastów. To jakby się raczyć dobrym koniakiem siedząc w brudnej latrynie. Lubiłem jeszcze Michała – energiczny, niewysoki i impulsywny. Świetnie gotował i do dziś mu to zostało. Kiedyś piekł kawałki kurczaka w elektrycznym rożnie Predom-Selfa. Już nie pamiętam czemu, musiał korzystać z gniazdka na korytarzu. Może korki wywalało, gdy używał tego w pokoju. Pachniało pięknie na cały korytarz. I kiedy Michał na chwilę stracił czujność, ktoś ukradł mu połowę porcji. Chryste Panie, jak on klął! Przy okazji afery poznałem też Adama – fana militariów, kulturystyki i potem motocykli. Ode mnie się nimi zaraził. Normalni ludzie w tym dziwnym domku szybko się zwąchiwali. Do dziś mam z nimi kontakt. Tu wspomnę jeszcze o Janku z Białorusi. Był spokojnym lokatorem i mógłbym o nim zapomnieć, gdyby nie jego zapiekanki. W większości pokoi ludzie organizowali mini-kuchenki elektryczne. Jednopalnikowe urządzenie przypominające wyglądem minę przeciwpiechotną. Ale u Janka w pokoju była mikrofala. Ładował do środka chleb, na to szła aromatyczna ryba z puszki, surowe jajo i coś tam jeszcze. Dwie minuty do trzech, magiczne „dzyń" i... pamięć o tym smrodzie przetrwała lata. Koledzy wywalali go z pokoju z tym żarciem. A potem się wycwanił i robił swoje specjały, gdy ich nie było. To było prawdziwe Hells Kitchen. Ech, to były czasy!

Lemingi podążają za liderem

Herszt grupy był niewysoki, miał wadę wymowy i dość specyficzną urodę. Nie dawałem za niego złamanego grosza. Podburzał kolegów do wygłupów i popijaw. Ponieważ kible były zbiorcze, słowo toaleta tam nie pasowało, były miejscem szczególnej koncentracji prostego dowcipu. Po trzy albo cztery kabiny przedzielone drewnianym przepierzeniem. Od góry tęga szpara, od dołu też. Zabijano wypróżniającemu się delikwentowi drzwi na gwoździe, albo oblewano go wodą z wiadra, bo między drzwiami i sufitem było z pół metra przerwy. Raz byłem świadkiem miłosnego uniesienia w tych okolicznościach. Alkohol znieczula na zapachy, za to pcha ku amorom. Wybranka przymknęła oko na okoliczności. Na parę innych niewygód też. Przeprosiłem dokazującą parę i oddaliłem się. Impreza świetnie się miała beze mnie – zarówno jej główny nurt, jak i jej toaletowa odnoga. Może to magia siarczystego disco? Ale inne kawałki też były. Osiedlowy hip-hop, kult, pidżama porno. Cham z indeksem, to jednak tylko pół normalnego chama. Na imprezę mógł wbić się każdy. Nie było portierni. Wszystkie pety, puszki, lądowały na zjawiskowo brudnej wykładzinie, która zalegała cały długi korytarz. Na ranem wszędzie panował syf, czasem ktoś spał na podłodze, bo nie miał sił się wczołgać do pokoju. Imprezy obywały się seriami. Aż nadeszła pierwsza sesja. Wtedy herszt imprezowy zabrał się z kumplami do zakuwania. Zorganizowali notatki, zalegli na kocykach w ogólnodostępnej kuchni i kuli. Większość z nich oblała sporo egzaminów na tejże sesji, poza hersztem. Miał wygląd lichy i durnowaty, a mózg geniusza. I powiódł kumpli na zatracenie, z którego sam nie skorzystał. Ot nauka dla wszystkich.

Co sądzisz? Skomentuj!