Badyle

Zmieniliście już opony na zimowe? Ja dziś to zrobiłem. Jest Wigilia, więc trzeba było pojechać na jakieś ostatnie peryferia Białołęki, bo oczywiście wszystkie inne zakłady pozamykane. I słusznie zresztą, kto normalny zmienia opony pod koniec grudnia? Dojechałem gdzie trzeba, a ponieważ nie chciałem temu biednemu człowiekowi stać nad głową, sapać i patrzeć na ręce, więc wyszedłem na te pół godziny na spacer po okolicy.

Chodzę po polnych, błotnistych drogach, mijam nielegalne zwałki gruzu, spalony fotel samochodowy, stos butelek po najtańszym winie, rachityczne, bezlistne drzewka, niskie domki kryte papą, zamieszkane chyba tylko przez duchy. Choć to takie duchy, które lubią telewizję satelitarną. Ale głównie mijałem wysuszone badyle, które rosną chętnie na tych wszystkich zapomnianych przez Boga i ludzi nieużytkach.

Przystanąłem, patrzę na wyprane z kolorów patyki. I wtedy sobie przypomniałem. Takie spacery, po tego typu okolicach, rodem ze stalkerowskiej Zony, robiłem ostatnio, kiedy miałem jakieś 12, a może 14 lat. Czyli w głębokich latach 90. To zresztą nie były jakieś tam spacerki. To były prawdziwe, trwające po pięć godzin wyprawy. Pewnie dlatego tyle trwały, bo nie miały żadnego celu. Po prostu się łaziło. Najchętniej z kolegami, ale też i samemu. Naprawdę nie wiem, po co to robiłem, ale jak się ma 12 lat, i mieszka na budującym się dopiero Tarchominie, to chyba nic lepszego nie da się wymyślić.

Tacy zaprawieni wyprawowicze jak ja nie zwracali uwagi na porę roku. Owszem, najprzyjemniej było łazić w lato. Ale lato w Polsce trwa jakieś trzy dni, a zima i późna jesień około dziesięciu miesięcy, więc siłą rzeczy najczęściej chodziło się w takich właśnie posępnych okolicznościach przyrody. I nawet, gdy było jasno, to nie była to jasność letnia, przyjazna, ale trupia i blada. Taka jak dziś.

Z tych wypraw wiele nie pamiętam, wszystkie były takie same. Krzaki, badyle, błoto, niekończące się rozmowy nie wiadomo o czym. Chyba o filmach głównie. I o grach komputerowych, ale raczej tych u kolegi, co akurat miał jakiś lepszy komputer. Zresztą nie wiem, nie pamiętam. O czym mogą rozmawiać dwunastolatkowie? Już dawno nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

Czasem trafiła się jakaś egzotyka albo niesamowitość. Raz udało się podejść bażanta na kilka metrów, prawie było można go w ręce złapać! Czego oczywiście wcale nie chciałem zrobić, samo skradanie się było już wystarczająco emocjonujące. Innym razem zebrało się na odwagę i weszło do jakiegoś opuszczonego, wypalonego domu. Nic ciekawego w nim nie znalazłem, potłuczone szkło. Zatem to nie chodziło o to, że liczyłem podczas tych wypraw na jakieś niezwykłe odkrycia. Sam fakt przemieszczania się był chyba w tym wszystkim najważniejszy.

Niedawno przeczytałem, że archeolodzy określają człowieka jako maszynę chodzącą. Wiem, brzmi to dziwnie. Teraz to jesteśmy głównie maszynami siedzącymi. Niemniej jako gatunek posiadamy cechy umożliwiające nam wielokilometrowe, codzienne marsze. To właśnie dzięki tej umiejętności udało nam się rozleźć z Afryki po całym świecie, w najdalsze jego zakamarki.

Przyczyny rozpoczęcia przez daną grupę takiej wyprawy były pewnie zupełnie pragmatyczne: kończyły się zasoby w danej okolicy, albo doszło do jakiejś kłótni w rodzinie. No to wkładano swój kościano-drewniano-kamienny dobytek na plecy, i ruszano w nieznane. Wyprawa taka musiała trwać wiele, wiele dni, zanim znaleziono odpowiednie do zamieszkania miejsce. Na sawannie, czy innym stepie, każdy dzień był trochę podobny do poprzedniego. Monotonne krajobrazy, kogoś zjadł tygrys szablozębny, ktoś inny złamał nogę i trzeba było go zostawić. Dzień, jak co dzień. Ciekawe, o czym przez te całe dnie ci ludzie rozmawiali? Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

Cyknąłem fotkę badylom i wróciłem do zakładu. Podzieliłem się z wulkanizatorem, starszym facetem, że połaziłem trochę po tych okolicznych krzakach, i że jak miałem z dwanaście lat, to na pewno gdzieś tu sobie chodziłem. I że teraz tu dużo bloków pobudowano, domów, dróg. On na to, że tu mieszka od zawsze, i że to były kiedyś tereny rolnicze. No tak, tak. Ale ludzie gdzieś muszą mieszkać. No muszą. Ale, że ważne, żeby nie dać się zwariować, bo wszystkiego ze sobą do grobów nie weźmiemy. A nawet, nie weźmiemy nic.

Pożyczyliśmy sobie spokojnych świąt i pojechałem.

Co sądzisz? Skomentuj!