Arka Roberta

Przed wieżowcem „Złota 44” zainstalowano jacht. Łódź była w prawdzie pokazowa, ale solidna. Cała w kolorze kremowym, miała dwa pokłady. Była to arka Roberta Lewandowskiego.

Kiedy nadejdzie potop, Wisła wystąpi z brzegów i nas zaleje. Znikniemy pod wodą. Napastnikowi polskiej reprezentacji nic jednak nie grozi. Robert będzie mógł spokojnie podryfować ku zbawieniu. Kiedy wezbrana fala sięgnie czterdziestego pietra, piłkarz wyskoczy z wieżowca prosto na pokład. Popłynie dalej. Kogo zabierze ze sobą? Kto okaże się godny? Z pewnością nie ja. Nie lubię piłki nożnej. Pracuję jedynie obok mieszkania Roberta i czasami widzę, co się tam odbywa. Powiem wprost: w zasadzie nic. Najwyższe piętra „Złotej 44” pozostają puste za dnia. Tylko raz widziałem, jak w nocy ktoś zapalił w nich światło, ale raptem na kilka sekund.

Rejs arki Roberta z pewnością będzie długi. Doradzałbym więc rozsądny wybór pasażerów. By przetrwać potop, Robert będzie musiał dopłynąć aż do tęczy. Najbliższa, która była w Warszawie czyli ta na placu Zbawiciela, dawno temu splonęła. Na prawdziwą zaś nie ma co liczyć, bo zza smogowych chmur rzadko kiedy wygląda słońce.

Kolejnego ranka poszedłem do pracy. Wielka woda nie nadeszła, a elegancka łódź zniknęła sprzed wieżowca. Widziałem jak robotnicy pakowali ją na lawetę niczym nieprawidłowo zaparkowane auto.

Na murku Pod „Złotą 44” siedziało dwóch kloszardów.

– Stanie się to za życia albo za śmierci. – powiedział jeden do drugiego. – Tylko, że ja się śmierci nie boję.

– Na coś trzeba umrzeć. Na przykład na papieroski. – odparł drugi. – A propos papierosków, to może szefie byś jednego odstąpił? – powiedział do przechodzącego robotnika, który mocował jacht do lawety.

Pracownik nawet nie spojrzał w jego stronę.

– Dlaczego mnie człowieku nie wysłuchasz? Może oprócz papieroska chciałem poprosić cię o coś innego? – wykrzyczał zirytowany kloszard.

– No to dawaj na pokład. – odpowiedział robotnik i szerokim gestem zaprosił go by wstąpił na jacht.

– Zbyt elegancka. Poza tym nie wolno tam palić. – odburknął kloszard na murku.

Łódź na lawecie pojechała dalej, a stan Wisły do dzisiaj pozostaje stabilny.

Panie Robercie! Myślę, że nie mamy się o co martwić.

Co sądzisz? Skomentuj!