Antropolog w ortalionie. Rozmowa z Janem Mazurem, autorem komiksu „Tam, gdzie rosły mirabelki”.

O komiksowej opowieści zainspirowanej osiedlowym obserwacjami z prawdziwego życia, niecodziennym podejściu do antropologii i ukrytym filozoficznym przesłaniu rozmawiamy z Janem Mazurem, autorem komiksu „Tam, gdzie rosły mirabelki.”. 

Mateusz Kaczyński: Czy mirabelki rosły naprawdę?

Jan Mazur: Gdzieś pewnie tak. Mirabelki w komiksie to jednak pewien symbol. Nie przedstawiają konkretnego miejsca w sensie geograficznym, raczej w sensie duchowym. Istniały naprawdę, ale głównie jako idea, do której chciałem wrócić.

Mówisz o miejscu w znaczeniu duchowym, ale komiks daje kilka wskazówek, które pozwalają stwierdzić, że jego akcja dzieje się w Warszawie.

I tak, i nie. Faktycznie pewne bardzo konkretne miejsca były inspiracją dla powstania komiksu. Akcja dzieje się w dużym mieście i niektóre elementy mogą wskazywać na Warszawę. Chodzi konkretnie o Sielce, czyli okolice Chełmskiej, Iwickiej i Jazgarzewskiej, być może też Kanałek Sielecki. Na Sielcach nie ma jednak pagórka, na którym rosły by mirabelki.

Rozumiem intencje, by nadać fabule bardziej uniwersalny wymiar. Czuć to w komiksie. Pod powłoką mocno zakrapianej codzienności na osiedlu kryją się głębokie filozoficzne dylematy. I to w życiu prawilnych sieleckich dresiarzy.

Można tak powiedzieć. Wątek Sielec w ogóle sięga dalej. Inspiracją dla całej fabuły komiksu była pewna grupka lokalnych chłopaków. Sam też jestem związany z tamtą okolicą. Do niedawna mieszkała tam moja babcia, dziadek był wieloletnim dyrektorem szkoły na Chełmskiej. To dla mnie rodzinne rejony.

To wiele wyjaśnia, bo postaci są naprawdę z życia wzięte. Komiks przedstawia ich przyjaźń i to, jak radzą sobie z przeciwnościami codzienności. Próbują odnaleźć siebie. Komiks ma niesamowite zakończenie, którego nie będę zdradzał. Dzięki niemu na pierwszy plan wychodzi motyw poszukiwania. Na przysłowiowych blokersów czy dresiarzy patrzymy się zazwyczaj w jednostronny sposób – piwko, impreza i wpierdol. Jednak pozornie zwykłe zachowania bohaterów odkrywają nieoczekiwaną warstwę.

To zaskoczenie, to w dużej mierze kwestia języka, jaki kreują media. W tym kontekście komiks był małą próbą walki ze stereotypem. Nie próbuję wybielać bohaterów, ale chcę by czytelnik ich zrozumiał. Staram się walczyć ze schematem upupienia dresiarza. Nie lubię tego określenia, ale ciężko od niego uciec. Nadaje osobie tak określonej zestaw cech narzucony przez sytych mieszkańców dużych miast. Podróż i przemiana jednego z bohaterów jest o tyle istotna, że pokazuje, że przysłowiowy dresiarz pijący piwko pod drzewem, którego na pozór nie wiele w życiu obchodzi, ma takie same potrzeby jak ja i ty. Odnoszę wrażenie, że język, który funkcjonuje wokół takich ludzi – młodych chłopaków z gorszymi perspektywami – jest polem walki klasowej. Próbujemy za jego pomocą opisać ich i wtłoczyć w wygodną dla nas ramę. To nasi lokalni barbarzyńcy. Mają proste potrzeby i życia, a my nie musimy wnikać o co im chodzi. Wystarczy, że wiemy, że są groźni. Rzeczywistość jest jednak trochę inna – to też są Polacy i żyją obok nas, czasami na tej samej klatce.

Barbarzyńcy o miękkim sercu. W konfrontacji z rzeczywistością jeden z bohaterów musi zdecydować, czy poświęcić codziennie rozrywki na rzecz pomocy koledze, który trafił na wózek inwalidzki.

No, to trochę spoiler… zdradziłeś właśnie fabułę.

Ale nie zakończenie.

Myślę, że barbarzyńca o miękkim sercu to określenie dobre dla tego konkretnego bohatera. Nie grupy ludzi.

Wróćmy do bohatera, którego historię zdradziliśmy. O ile komiks skupia się na przemianie jego kolegi-opiekuna, to jednak dresiarz inwalida jest cichym obserwatorem. W jaki sposób wpadłeś na pomysł by stworzyć akurat taką postać? Jego rola jest bierna, ale kluczowa. Staje się katalizatorem całej historii. Bez niego nie było przemiany kolegi. Z drugiej strony sam niewiele może zrobić.

Inspirowałem się przede wszystkim tym, co zaobserwowałem, czyli grupką lokalnych dresiarzy, którzy w swojej paczce mieli właśnie takiego sparaliżowanego kolegę. Mimo to spędzali z nim czas zupełnie normalnie. Oszukiwali partnerki, czy żony, wychodząc niby na krótko i podnosząc spod krzaka pod domem schowane wcześniej piwo. Cała historia urodziła się z obserwacji. Dopiero na niej zbudowałem dodatkowy sens.

Rysujesz w bardzo oszczędnym stylu, ale oddajesz w ten sposób bardzo dużo. Mimika postaci, puszki po piwie… Drobiazgi o niesamowitej sile wyrazu. W jaki sposób doszedłeś to tego stylu?

Powstał z frustracji. Przez większość mojego twórczego życia byłem scenarzystą komiksowym. Niestety, namówienie rysowników do owocnej współpracy jest trudne. Na albumy czeka się latami albo można się ich nie doczekać wcale. W końcu uznałem, że najlepiej będzie, jeśli zrobię to sam. Zacząłem od bardzo prostych patyczaków, aż doszedłem do stylu, którym udaje mi się ukryć to, że nie potrafię rysować, ale który jednocześnie uwydatni to, że umiem robić komiksy. Często te umiejętności nie są ze sobą powiązane. Minimalistyczny styl świetnie pokazuje tę wyjątkowość komiksowego medium.

Czy bohaterowie z prawdziwego życia widzieli twój komiks?

To byłoby ciężkie. Chłopaków z Sielec znałem tylko z przechadzek tamtymi uliczkami. W rzeczywistości żadna z postaci komiksu nie jest wzorowana na osobie ze wspomnianej paczki. Rejestrowałem raczej sytuacje i obrazy. Postacie w komiksie to w rzeczywistości zlepek wielu prawdziwych osób. Każdy z bohaterów ma ich w sobie po kilka. Musiałbym zrobić spory obchód po Warszawie, żeby każdemu pokazać komiks. Rozumiem, że pijesz do tego, co mogliby powiedzieć po jego przeczytaniu?

Tak.

Wiesz, to jest chyba najbardziej podstawowy strach każdego antropologa i etnografa. Jestem z wykształcenia właśnie antropologiem i zawsze miałem z tyłu głowy obawę o to, co się stanie jeśli badana grupa przeczyta moje dzieło i skonfrontuje wyobrażenie o sobie z tym, co napisałem. Szczególnie, jeśli badasz grupę, która ma łatwy dostęp do wyników badań. Do swojego dyplomu prowadziłem badania na Białostocczyźnie. W okolicach Augustowa rozmawiałem z młodymi ludźmi, którzy bez problemu mogli znaleźć i przeczytać moją pracę. Część z nich faktycznie to zrobiła. Dlatego od samego początku rysowałem komiks z pytaniem, co postaci, które sportretowałem, mogłyby na niego powiedzieć. Wciąż myślałem o recenzentach w ortalionie, którzy mogą pojawić się za moimi plecami i mieć wąty do tego, co właśnie zrobiłem. Mam jednak nadzieję, że spojrzeliby na moją pracę łaskawym okiem.

Antropologiczne spojrzenie da się od razu wyczuć. Komiks przybliża nas do szczegółów intymnego życia bohaterów i sytuacji, kiedy mogą być sobą. Czy powrócisz do blokerskich tematów w kolejnych albumach?

Warszawa jest dla mnie naturalnym punktem odniesienia. Urodziłem się tu. Jestem którymś pokoleniem z kolei, które się tu wychowało. To miasto określa mój świat, mówię jego językiem i poruszam się jego w polu symbolicznym. Nie mogę od tego uciec, jeśli dalej chcę pisać historie wzięte z życia. Mam już zaplanowany kolejny album, który będzie jednak odnosił się do miasta zupełnie inaczej. Będzie opowiadał o Polsce powiatowej, więc miasto będzie w nim bardzo obecną figurą. Choć pokazaną w trochę inny sposób, niż dotychczas.

Warszawa to także przyjezdni.

To prawda. Tak, jak moja żona.

Nie mogę się tego komiksu doczekać. Dziękuję za rozmowę. 

****************

Jan Mazur – autor komiksów, z których wydany w 2015 roku „Przypadek pana Marka” zebrał dziesiątki doskonałych recenzji. Za swoje scenariusze otrzymał liczne nagrody i wyróżnienia, w tym pierwsze miejsce konkursu Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi i (dwukrotnie) Złotego Kurczaka – nagrodę przyznawaną komiksom niezależnym.

Komiks „Tam, gdzie rosły mirabelki” ukazał się nakładem Wydawnictwa Komiksowego. 

Co sądzisz? Skomentuj!