5 razy lody: gdzie warto, a gdzie niekoniecznie?

Jesteśmy już teoretycznie bliżej końca sezonu lodowego niż jego początku, ale przypominam, że w zeszłym roku we wrześniu temperatury sięgały trzydziestu stopni. Z tym optymistycznym wspomnieniem, wierząc, że i tegoroczne lato będzie trwało dłużej, niż kalendarzowe wytyczne przewidują, przedstawiam podsumowanie z meldunków w warszawskich lodziarniach. Lepszych, gorszych, takich w sam raz. Po kolei!

1. Jednorożec Lody Tradycyjne, ul. Narbutta 38/32

Słynne na całą stolicę lody z wbitym wafelkiem na kształt jednorożcowego rogu. Urocze i oblegane o każdej porze, z uśmiechniętą obsługą. Solony karmel i słony i słodki, czyli tak jak powinno być, a mango idealnie soczyste, orzech z Piemontu dyskretny, ale jednak podkręcający charakterystyczną goryczką śmietanową masę. Niestety, nie jestem w stanie pogodzić się z faktem, że połowa porcji spływa nam po łokciach, zanim zdążymy rozpocząć konsumpcję. Ostatnio słyszałam co prawda, że ponoć niezawodnym sposobem na rozpoznanie lodów naturalnych jest ich niezbyt zmrożona konsystencja – niemniej jednak nie dość, że człowiek wychodzi z wizyty w Jednorożcu klejący, to jeszcze w pewnym zakresie musi obejść się smakiem. Nie wynagradza tego rozczarowania nawet stosunkowo przyjemna cena 4 zł za sporą łopatkę lodów.

2. Syrenka, ul. Wioślarska 185

O lodach z Syrenki pisałam przy okazji recenzji Vegan Ramen Shop [klik]. Można je kupić także stacjonarnie w truckach Babiego Lata, pod Poniatowskim nad Wisłą. Ich niewątpliwą zaletą jest fakt, że są robione na mleku kokosowym lub z orzechów nerkowca i mają naprawdę przyjazny, niechemiczny skład. Ja takie pomysły bardzo doceniam, bo na co dzień teoretycznie unikam nabiału (teoretycznie – póki nie nadchodzi sezon na lody, a kto by się zadowalał sorbetem!), a i sekcja wegańska na pewno się ucieszy. Niestety, mi osobiście nie podeszły, zarówno masło orzechowe, jak i czarny kokos na wspólnej bazie mleka kokosowego nie różniły się smakiem jakoś szczególnie. Ostatnio jednak prawie pokłóciłam się na śmierć i życie z moją najlepszą przyjaciółką, która przez 3 dni rozprawiała z zachwytem o lodach z Syrenki, więc to chyba produkt z kategorii love or hate.

3. Melody, ul. Francuska 48

Kilka sezonów temu wybitnie instagramowe lody z Melody podawane w bąblowym gofrze podbiły serca warszawiaków. To typowy deser na chandrę, kwintesencja idei „tak trzeba żyć” czy „daj se”. Opcja full service, czyli dwie porcje lodów w gofrze z dodatkami kosztuje 15 zł i przyznam, że ciężko ją przejeść, bo człowiek po drodze trzy razy obieca sobie, że nigdy więcej w życiu nie zje nic słodkiego. Same lody są przyzwoite, choć nie szczególnie wybitne, mango lassi to faktycznie zmrożony napój podawany w knajpach indyjskich, a gorzka czekolada chyba nawet leżała obok prawdziwego kakao.

4. Il Cono Lody naturalne, ul. Piękna 28/34

Sprzedawane z okienka na rogu Marszałkowskiej i Pięknej, porządnie zmrożone, w cenie 4 zł za jedną porcję, 7 zł za dwie lub 10 zł za trzy porcje. Smaki w moim odczuciu mogłyby być wyraźniejsze, bo jednak dominuje – porządnej jakości, nie zaprzeczę – śmietanowa baza. Wyjątkowo ucieszyła mnie opcja „Kinder”, jako wielką fankę tej marki, choć ciężko mi określić, czy lody miały odzwierciedlać smak Kinder czekolady, Kinder niespodzianki, a może jednak Kinder Bueno. Gianduiotto z kolei przyjemnie orzechowo-kakaowy, do polecenia.

5. Na końcu tęczy, Al. Wyzwolenia 15

Na deser polecam swojego faworyta tych wakacji – lodziarnię usytuowaną za placem Zbawiciela, która w prężny sposób reklamuje swoje produkty w mediach społecznościowych i jak najbardziej sprostała w ten sposób wznieconym oczekiwaniom. Tutejszy smak marcepanowy przyprawił mnie o przyspieszone bicie serca, ale gdy spróbowałam pistacji, to prawie wpadłam na latarnię z wrażenia. Słono-orzechowa bajka, fantastyczna jest też opcja sernikowa z malinami. Właściwie to wszystko jest tu pewnie dobre. Lody mają idealną konsystencję, nie roztapiają się, ale też nie są zbyt mocno zmrożone. Jedną (ogromną!) porcję można podzielić na dwa smaki, a ta przyjemność wyniesie nas 5 zł. Adres jak najbardziej godny polecenia.

Nie miałam niestety w tym roku okazji odwiedzić swoich dotychczasowych faworytów – Lodów Prawdziwych ze Świętokrzyskiej/Nowego Światu, ani starej dobrej Malinovej ze Starego Mokotowa. Swojego czasu uwielbiałam też Limoni Carteri, a także klasyczną miejscówkę ze Starego Miasta – lody Hodunia, ale w dobie ostrej konkurencji lodziarni z przykrością muszę stwierdzić, że pozostali w tyle.

Na koniec dodam, że mimo, że większość opisanych wyżej miejsc serwuje lody w całkiem smacznych i chrupiących wafelkach, to nic nie przebije wypiekanego w Pani Wina [klik] wafla do koktajlu Negroni. Lodziarnie mogłyby się uczyć od tego lokalu!

A jak tam Wasze odkrycia lub znane, sprawdzone miejsca?

Co sądzisz? Skomentuj!