4 udawane działania ratusza w walce ze smogiem

Obserwując fanpage Miasta Stołecznego można odnieść wrażenie, że ratusz wreszcie, po kilku latach nacisków organizacji ekologicznych i zwykłych mieszkańców, jakby się obudził. Z pompą odpalono Warszawski Indeks Powietrza, który ma być miarodajnym wskaźnikiem i uwolnić mieszkańców miasta od trudu interpretacji danych z aplikacji „stron trzecich”, na miejskim profilu zaczęły pojawiać się alerty. Nic, tylko przyklasnąć. Uszami i opadającymi rękami. Dlaczego?

1. Warszawski Indeks Powietrza

Bez żadnej złośliwości – super, że powstał. Przeciętny „zjadacz powietrza” niekoniecznie musi chcieć instalować na smartfonie rozmaite aplikacje i rozgryzać zawiłości norm polskich, unijnych i WHO. Indeks jest prosty i przejrzysty, ma cztery „poziomy”, w prosty sposób pokazujące, czy powietrze w mieście jest dobre, czy złe. I dodatkowo pozwala na przełączenie w tryb „kompatybilny” z różnymi schorzeniami – np. astmą lub chorobami układu krążenia. Pozornie jest super. Ma jednak dwie zasadnicze wady.

Pierwsza z nich to bazowanie wyłącznie na czterech stacjach. Dla miasta o powierzchni ponad 500 kilometrów kwadratowych cztery punkty pomiarowe, z czego dwa w ścisłym centrum, jeden na Ursynowie i jeden na Targówku, to zdecydowanie zbyt mało, aby mówić o miarodajnym „indeksie” dla całego miasta (lub aglomeracji).

Druga wada jest jednak znacznie poważniejsza i nie tylko może kompromitować indeks w oczach użytkowników, ale też – w najgorszym scenariuszu – prowadzić do poważnych zagrożeń dla zdrowia warszawiaków. Chodzi o to, że indeks „ogólny” i indeksy „zdrowotne” są generowane według innych metodologii. W rezultacie dochodzi do takich sytuacji jak wczoraj wieczorem, kiedy indeks „ogólny” (i wskazania ze wszystkich „alternatywnych” aplikacji) informował o bardzo złej jakości powietrza, zagrażającej życiu i zdrowiu, zaś indeks „zdrowotny” dla dzieci z astmą wyglądał jak niżej:

Argument podany na stronie Indeksu, iż „WIPo jest wyznaczany dla stężeń PM2.5, PM10 i NO2. WIPz jest natomiast, w zależności od grupy wrażliwej, wyznaczany na podstawie stężeń PM2.5 albo PM10” nie znajduje tu niestety zastosowania, ponieważ akurat stężenia NO2 w Warszawie są przekraczane sporadycznie, a normy PM2,5 i PM10 dla indeksu „zdrowotnego” są, według informacji na stronie Indeksu, bardziej restrykcyjne. Może więc przydałby się dopisek „Dane z Warszawskiego Indeksu Powietrza mają charakter wyłącznie orientacyjny, Urząd Miasta Stołecznego Warszawy nie ponosi żadnej odpowiedzialności za ich interpretację i ewentualne skutki dla zdrowia” zanim ktoś się po prostu udusi?

2. Transport publiczny

Tu mamy dwa wątki. Oba pyszne. Pierwszy to tabor. Miasto, w dyskusjach o smogu, chętnie używa infografiki pokazującej m. in. inwestycje w nowoczesny tabor – ponad 1000 nowych autobusów od 2007 (bez daty górnej, co nie jest bez znaczenia), w tym 130 elektrycznych. Jeśli chodzi o elektryczne – tu perspektywa jest znana, jest to rok 2020. A teraz przyjrzyjmy się tym danym bliżej – 1000 „nowych” autobusów zakupionych od 2007 ma już – w niektórych przypadkach – ponad 10 lat. A elektrycznych będzie „aż” 130 – na łączną liczbę 1800. I to dopiero w przyszłości. Jest się czym chwalić? Chyba nie bardzo.

No i darmowy transport jako lekarstwo na walkę ze smogiem. O ile w ogóle nie bardzo wierzę, że na samo hasło „dziś pojedziesz autobusem za friko!” zdeklarowani kierowcy zdecydują się zostawić auta w garażach, to jeszcze mamy tu pewien haczyk – otóż doktryna miasta jest taka, że bezpłatna komunikacja publiczna zostaje uruchomiona wówczas, gdy cyt. „średnie dobowe stężenie pyłu zawieszonego PM10 przekracza na wszystkich stacjach pomiarowych 100 mikrogramów na metr sześcienny przez 2 doby”. To nawet nie jest haczyk, a cała ich plątanina. Zacznijmy od tego, że 100 mikrogramów pyłu PM10 to naprawdę bardzo dużo. Dla Warszawy jest to poziom alarmowy (tu plus dla ratusza, bo polskie normy definiują poziom alarmowy na absurdalnym poziomie 300 miligramów). Obowiązujące prawo dopuszcza jednak, aby w ciągu roku zaledwie przez 35 dni przekroczony był poziom 50 mikrogramów tego pyłu. A nie dwukrotnie wyższy. Średnie dobowe stężenie na takim poziomie przez dwie doby ciągiem, do tego „na wszystkich stacjach” to sytuacja bardzo groźna. Tłumacząc komunikat miasta na prosty język, powinien on więc brzmieć: „Bardzo chętnie wprowadzimy darmową komunikację! Ale dopiero w sytuacji, w której stan powietrza będzie przez dwie doby wręcz bezpośrednio zagrażał życiu mieszkańców”. A co jeśli np. w Śródmieściu przez 3 dni będzie bardzo źle, ale na Ursynowie przez kilka godzin trochę powieje i jakość powietrza chwilowo się poprawi? Nic, miasto ma czyste ręce (i brudne płuca) i nie musi robić nic. W Krakowie, który również zmaga się z problemem smogu, wprowadzono ostatnio subtelną zmianę – darmowa komunikacja wprowadzana jest jeśli normy w danym okresie przekroczone są na połowie obszaru miasta. Niby drobiazg, ale ma znaczenie.

Zamiast takich pozorowanych działań lepiej byłoby rzeczywiście kompleksowo zająć się kwestiami transportowymi – kupować autobusy elektryczne, rozbudowywać komunikację szynową (legendarny tramwaj na Modlińskiej), czy skorzystać z pozornie drastycznych, ale na dłuższą metę z pewnością możliwych do „przełknięcia” nawet przez ciężko uzależnionych kierowców rozwiązań ograniczających wjazd prywatnych samochodów do Śródmieścia (można byłoby go poszerzyć też np. o „zagłębia” biurowe w innych częściach miasta).

3. Zieleń

Wspomniana infografika podkreśla, że 49% powierzchni miasta to tereny zielone. Super! Ale biorąc pod uwagę dane NIK i czyste liczby (pisałem o tym tu i tu) za rok będzie można zrobić z tego 40%, a za kilka lat pewnie 30%. Poza tym pojęcie „terenów zielonych” jest bardzo szerokie, a kilka krzaczków wzdłuż ulicy albo trawnik do „wybiegiwania” psów poprawie jakości powietrza nie służą.

4. Interwencje

Mamy wreszcie dzielną Straż Miejską z jej pięcioma „smogowozami”, mobilnymi laboratoriami naszpikowanymi nowoczesnym sprzętem. Pewnie, że można lepiej – czekam (znów bez ironii) na zakup, wzorem Katowic, dronów, które będą „zaglądać” bezpośrednio do kontrolowanych kominów. Ale jednak fakt, że takie interwencje mają miejsce, jest niepodważalny. Nadal jest to jednak kropla w morzu potrzeb. I dużo kontrowersji – jak np. przy Cmentarzu Wawrzyszewskim, gdzie gryzący dym z komina jest na porządku dziennym, a kolejne inspekcje SM nie wykazują żadnych nadużyć. Pytanie też, czy i na ile Straż Miejska działa „proaktywnie”, skoro miasto od miesięcy (a może lat) zrzuca odpowiedzialność za smog na niską emisję z zabudowy jednorodzinnej. Zachęty do wymiany pieców to za mało, bo na „willowych” peryferiach nie trzeba specjalistycznego sprzętu, aby organoleptycznie stwierdzić, czym tu się w piecach pali.

Podobnie jak w przypadku poprzedniego wpisu na ten temat, skonkludować mogę jedynie słowami: „szybko lepiej nie będzie”. Ale tylko my, mieszkańcy, we własnych nawykach, w codziennych kontaktach z Urzędem Miasta (np. na ich fanpage’u) i – wkrótce – przy urnach wyborczych, możemy coś zmienić. Dlatego patrzmy na ręce nie tylko Ratuszowi, ale i kandydatom w wyborach samorządowych. Nie dajmy sobie zamydlić oczu wyłącznie wizjami inwestycji i rozwoju (czyt.: nowych blokowisk i wieżowców oraz miejskich autostrad) i ze zrozumieniem czytajmy wyborcze programy. A po wyborach egzekwujmy ich realizację.


Wspomniana infografika Urzędu m. st. Warszawy

Co sądzisz? Skomentuj!