1978-2013: koniec ery ikarusa

Z początkiem grudnia zakończy się bardzo długa i bardzo ciekawa epoka w warszawskiej komunikacji – ZTM zadecydował o wycofaniu wysłużonych (i zasłużonych) ikarusów, które dla wielu były symbolem Warszawy, porównywalnym z również niedawno wycofanymi „parówkami” 13N. Niestety, w przeciwieństwie do dnia wycofania tramwajów, uroczysta parada ikarusów przez Warszawę nie jest na razie przewidziana.

Ikarus 280.70, rocznik 1995

Dla mnie ikarus (zwłaszcza w klasycznych i najpopularniejszych w latach 80. i 90. wersjach 260 i 280) to – wraz z jelczem PR110U – wspomnienie dzieciństwa, ale nie tylko. Harmonijkowe drzwi, zapach spalin (z czasem wsiąkający w tapicerkę siedzeń) i podnoszący adrenalinę przegub, na którego poręczy można było siedzieć najwygodniej (i oczywiście było to o wiele fajniejsze niż zajęcie zwykłych siedzeń). Ale – co przyzna chyba każdy pasażer, mający okazję dłużej pojeździć węgierskimi autobusami – najlepsze w ikarusach były okna. Wielkie, „normalnie” otwierane, zapewniające lepszy od jakiejkolwiek klimatyzacji komfort termiczny latem (nad klimatyzacją miały jeszcze tę zaletę, że niwelowały letnio-miejskie zapachy współpasażerów), a także umożliwiające – zwłaszcza młodszym – jazdę autobusem z zimnym łokciem. Ileż razy byłem świadkiem jak kierowca, wychylając się przez swoje okno, wrzeszczał na jednego z drugim: „Gówniarzu, nie wychylaj się!”. Spróbujcie wychylić się z solarisa :)

Ikarus 260.04, rocznik 1991

W późniejszych latach ikarus był dla mnie nieodłącznym towarzyszem nocnych powrotów z wszelkiego rodzaju baletów. 604 i 607 – najbardziej imprezowe trasy stolicy: ktoś śpi na schodach, ktoś inny zwisa ze wspomnianej poręczy „na kole”, ktoś wystaje za okno, łapiąc we włosy pęd powietrza.

I jeszcze jedno wspomnienie – ikarusy w żadnym innym kolorze nie wyglądały tak pięknie, jak w klasycznych czerwono-białych barwach MZK z czasów słusznie minionych. Nieobyty z ich charakterem przybysz mógłby nawet pomylić takiego ikarusa z wozem strażackim – również z racji wydawanego przez niego dźwięku. Żadne inne malowanie nie było tak dobre dla tych kanciastych pudełek, a już chyba najbrzydsze ikarusy w życiu widziałem bodajże w Dreźnie, na przełomie lat 80. i 90. Ikarus w kolorze – jako żywo – sraczkowatym, to jedna z czarnych kart w historii motoryzacji w ogóle.

Fabrycznie nowy ikarus 260

Kiedy na ulicach Warszawy pojawiły się nowoczesne MANy, solarisy, jelcze nowej generacji, a ikarusy stopniowo zaczęły znikać najpierw z tras najbardziej reprezentacyjnych, później także z peryferyjnych, aby w końcu wstydliwie opuszczać także linie nocne, ogarnął mnie pewien rodzaj komunikacyjnego smutku, który trwa do dziś. Siedzenia z czerwonym pluszem wcale nie są wygodniejsze od „wygryzionej dermy”, klimatyzacja nie zastąpi (zwłaszcza latem) wielkich, otwieranych okien, a braku superwygodnego (oczywiście dla osobników w wieku 7-12 lat) „kółka” na przegubie nie powetuje nic. Co z tego, że zimą w ikarusie na szybach wykwitał szron, a temperatura wewnątrz była niższa niż wokół autobusu (choć w srogie zimy „Berliety” zamarzały, a ikarusy parły dalej przez wydmy i breję)? Co z tego, że w czasie deszczu uszczelki ikarusowych okien przepuszczały wodę do środka, a brudny płyn sączył się po ścianach (mina pasażera, który zauważył to za późno – bezcenna)? Stare ikarusy, wraz z tramwajami-parówkami i wiatami przystankowymi typu „Ł” pozostaną dla mnie zawsze symbolem dzieciństwa i dorastania w Warszawie i najlepszym wyrazem hasła „Polak – Węgier – dwa bratanki”.

Źródła zdjęć:

1. Wikipedia

2. Wikipedia

3. Ikarusbus.cz

Co sądzisz? Skomentuj!