10 lat bez Jadło

Ostatnimi czasy pojawiła się inicjatywa przywrócenia do życia nieodżałowanej tancbudy z Powiśla, Jadłodajni Filozoficznej. Nie wróżę wielkiego powodzenia. Minęło dziesięć lat, obecne pokolenie imprezowiczów oczekuje już innych rzeczy od klubu, a na sentymencie dawnych bywalców daleko zajechać się nie da. W razie czego jednak chętnie przyznam się do błędnej diagnozy.

Niemniej Jadło swoje miejsce w serduszkach redaktorek i redaktorów (obecnych i byłych) Pańskiej Skórki ma. Na dodatek okazało się, że kilku z nas było w niej w wieczór przed feralnym 5 listopada 2009 r., kiedy to knajpa spłonęła. Nie wszyscy się zresztą wtedy jeszcze znaliśmy.

W weekendy bywałem w Jadło stosunkowo rzadko. W 2009 r. co prawda nie miałem już dreadów, ale w głowie jak najbardziej królowała mi muzyka jamajska. Dlatego też do Jadło chodziłem głównie w środy, rządził tam wówczas niepodzielnie DJ Krzak i jego Zjednoczenie Soundsystem. Nie byłem więc typowym Jadło fanatykiem, nie do końca wtedy kumałem o co chodzi z tym całym indie. Natomiast sam już wówczas bawiłem się w didżejowanie i dzięki Krzakowi miałem okazje pograć trochę na jego środowym cyklu imprez, Reggaefazie.

Co ciekawe, strona Jadłodajni cały czas wisi w necie i wygląda dokładnie tak, jak w 2009 r.

Tak też było 4 listopada 2009 r. Była to całkiem udana impreza, przyszło sporo ludzi. Krzaku przeleciał muzycznie od roots reggae, przez agresywny dancehall, kończąc na ragga jungle. Ja cisnąłem jakieś ska, stary soul i funk, trochę też nowszych rzeczy. Upiłem się nieco piwem „Śląskim”, które było zapowiedzią rewolucji craftowo-małobrowarowej, i wyróżniało się tym, że miało JAKIŚ smak (oraz powodowało gigantycznego kaca). Trudno mi teraz wydobyć z otchłani pamięci szczegóły, ale jakoś tak to wszystko wyglądało.

To była po prostu kolejna, całkiem udana środa w Jadło, jakoś koło 3 czy 4 trzeba było kończyć. Nastrój o takiej porze jest zawsze raczej nostalgiczny, na parkiecie pusto, przy barze kilka osób. W takich chwilach DJ może sobie pozwolić na granie rzeczy, które w innym momencie imprezy byłyby niedopuszczalne. Wrzuciłem więc na talerz gramofonu Gila Scotta Herona i jego nieśmiertelne „The Revolution will not be televised”, po czym okazało się, że to był ostatni numer tego wieczoru. I ostatnia piosenka, jaka kiedykolwiek rozbrzmiała w Jadłodajni Filozoficznej.

Gdy następnego dnia dowiedziałem się późnym popołudniem, że klub spłonął, byłem mocno przejęty. Nie pomyślałem, że to jakaś wielka, historyczna chwila. Ale podobno nigdy się tak nie myśli, kiedy uczestniczy się w wielkich, historycznych wydarzeniach.

Ponieważ miałem swoje różne obowiązki, więc nie stanąłem na apel środowiskowy, aby pomóc w porządkowaniu Jadłodajni w najbliższych dniach po pożarze. Na szczęście mógł to zrobić Kuba Sadowski (aka Earl Jacob), aby dziś zdać nam relację:

„To był czwartek, a my mieliśmy w sobotę zagrać tam urodziny Tisztelet Sound. Okrągłe, szóste urodziny. W Jadłodajni odbywały się nasze najgrubsze imprezy, w tym taka w czasie której przez klub przewinęło się ponad 700 osób. Dzierżyliśmy też przez pewien czas rekord imprezy o największym obrocie na barze 🙂

plakat imprezy, która się nie odbyła

Uroczy plakat zapowiadający imprezę, do której nigdy nie doszło autorstwa Doroty Pakuły vel Rutki

W czwartek wczesnym popołudniem dostałem wiadomość, że Jadłodajnia się spaliła. Pojawiła się też informacja, że jeśli ktoś ma czas i ochotę, to można podjechać i pomóc w sprzątaniu. Jadłodajnia miała dla mnie szczególne znaczenie, więc w niecałą godzinę później byłem na miejscu. Wyglądało to okropnie, bo nie dość że swoje zrobiły płomienie, to w klubie stała woda z akcji gaśniczej. Resztę dnia spędziłem wraz z kilkoma osobami na sprzątaniu i wynoszeniu gratów z klubu. Nie wszystko spłonęło, o ile wiem to głośniki z Jadło służyły jeszcze długo w innych miejscach (jeśli nie służą wciąż [służą, służą, ostatni trop to domek Pogłos – przyp. ŁT]), a o smutnym listopadowym dniu przypominały stopione, spalone ich obicia.

Pojawił się również alkohol, który w ramach podziękowania i na okoliczność tej przedziwnej stypy przekazała nam załoga Jadłodajni. Szoty ze spalonego baru, polewane z osmolonych butelek. Tak było, nie zmyślam.

Do Jadło przychodziłem jeszcze przez kilka dni, pomagać Marcinowi [Majewskiemu, managerowi Jadło – przyp. ŁT] i załodze. W międzyczasie przyszedł m.in. pan, który miał ocenić czy ze spalonego fortepianu, który tam stał, coś jeszcze będzie. Chyba nic nie było, a ja mam na pamiątkę zdjęcie z tym smutnym, spalonym instrumentem”.

Oprócz wspomnianych głośników z Jadło udało się jeszcze całkiem sporo rzeczy uratować, m.in. dwa gramofony we włochatych walizkach, choć nieco osmolonych, które do dziś służą 6T’s Club. Trudno natomiast powiedzieć, jak duża część nakładu winylu z remiksami Cool Kids Of Death, leżąca ponoć wówczas na zapleczu klubu, faktycznie uległa zniszczeniu. Jeśli nawet spora, to nie wiedzieć czemu album ten nie stał się białym krukiem poszukiwanym przez kolekcjonerów.

Miejsce jeszcze długo po zakończeniu działalności przyciągało uwagę i rozbudzało wyobraźnię. Dzięki temu możemy dziś obejrzeć nieco impresjonistyczne, ale równocześnie dokumentalne nagranie z budynku autorstwa Michała Kudły (który podkreśla, że nie jest to wersja finalna filmu).

Jadłodajnia Filozoficzna działała zaledwie sześć lat, już dłużej jej nie ma, niż kiedykolwiek była. Trochę wstyd użyć tak wyświechtanych określeń jak „kultowa” czy „legendarna”, więc napiszę tylko: na pewno ważna.

PS Nie zapomnijcie przeczytać naszego hołdu dla Jadłodajni opublikowanego już kilka ładnych lat temu!

 

Co sądzisz? Skomentuj!