1 sierpnia chcę normalności

Od kilku lat obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego coraz bardziej przypominają połączenie wiejskiego pikniku ze stadionową trybuną. Zamiast syren, ciszy i zadumy mamy race, kibicowskie okrzyki i przegląd powstańczej mody – od pełnej rekonstrukcji po istne „Faszyn from Raszyn” z opaską. Jeszcze gorzej, że warszawską tragedię, bohaterski zryw, dramat tysięcy mieszkańców i zagładę miasta zawłaszczają środowiska, których moralne prawo do identyfikacji z ideami Powstania jest w najlepszym razie dyskusyjne.

Opaska i gacie

Pierwszego sierpnia zwykle jest upalnie. Nie inaczej było i w tym roku. Powstańcza opaska uznawana jest powszechnie za obowiązkowy element hołdu oddanego ofiarom Powstania. OK. Ale skoro już ktoś decyduje się na taki rodzaj upamiętnienia, to powinien rozważyć kwestię pozostałych elementów garderoby. O ile kotwica, czy – niech już będzie – opaska może jakoś tam komponować się ze stonowanym strojem, to w przypadku kiedy stonowanie oznacza same gacie i japonki albo koszulkę z hasłami propagującymi nienawiść (ale o tym zaraz) – to nawet jak na mój bardzo mało konserwatywny w kwestiach mody gust – coś tu zgrzyta. Podobnie zgrzytał mi wygląd spoconych uczestników Biegu Powstania, odzianych w t-shirty biegowe w kolorze khaki i – oczywiście – opaski. Jesteś patriotą? To szanuj symbole, które – jak twierdzisz – czcisz! Poszedłbyś/poszłabyś w takim stroju na grób dziadków? Sorry, pewnie tak…

Falanga

Powstańcze marsze pod egidą organizacji nacjonalistycznych to dopiero heca. Zacznijmy od tego, jaka w ogóle była geneza warszawskiego zrywu. Choć teoretycznie wie to każdy mieszkaniec miasta i to od najmłodszych lat. Ale najwyraźniej należy o tym przypomnieć. Była to walka mieszkańców Warszawy przeciwko najeźdźcy reprezentującemu nazistowską ideologię, która – spośród wówczas funkcjonujących systemów politycznych – była najbliższa rodzimym narodowcom z tamtych lat. I dzisiejszym. Można więc o Powstaniu mówić jako o zrywie narodowym mieszkańców uciemiężonego miasta, ale równie dobrze – o walce ze zbrodniczym nacjonalistycznym reżimem.

Ciekawi mnie też, czy statystyczny, odpowiednio „patriotycznie ukształtowany” uczestnik marszu pod zielonymi sztandarami z falangą (albo bezrefleksyjnie podążający za nim „normals”) zdaje sobie sprawę, że, chcąc czy nie chcąc, upamiętnia również powstańców ciemnoskórych, żydowskich bojowców wyzwolonych z Gęsiówki, kompanię syndykalistów, czy znienawidzonych (już wtedy) AL-owców? Nie byłbym pewien.

I tu przechodzimy do niefajnego – już z samej nazwy – zjawiska „polityki historycznej”. Tak, to prawda, żołnierze NSZ również walczyli w Powstaniu. I nikt nie kwestionuje ich ofiary krwi. Ale znaj proporcjum mocium panie – kilkuset (według najśmielszych szacunków – ok. 3,5 tysiąca) NSZ-owców na tle 50 tysięcy AK-owców nie jest skalą uprawniającą obecnych ideologicznych spadkobierców tej formacji do prób zawłaszczania WSPÓLNEGO smutnego święta – święta WSZYSTKICH warszawiaków. Historia jest historią – zbiorem faktów. Nie dajmy się okłamywać, przyzwalając na zielono-brunatne zagarnianie tematu Powstania, okraszone okrzykami o drzewach bez liści czy sierpach i młotach i zwieńczone koncertem, w czasie którego można było posłuchać słabej klasy rapu o wprowadzaniu szariatu w Europie. Jeśli koniecznie chcesz poznać twórczość przykładowego artysty, który uświetnił „Marsz Powstania Warszawskiego” – kliknij (choć nie polecam). Tego, że ten koncert odbył się na pl. Krasińskich, przy pomniku o ogromnym znaczeniu dla warszawiaków, nie chciałbym nawet komentować, bo staram się na tym blogu nie używać słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne.

Jakby na ironię – choć z perspektywy organizacyjno-prawnej nikt najwyraźniej nie widzi już nic złego w takim „czczeniu” pamięci Powstania, jakie opisałem powyżej, to już kolejnego dnia ruszył proces aktywistów partii Zieloni, którzy rok temu w kotwicę wkomponowali znaki (obu) płci.

Trybuny na ulicach

Z autentyczną tęsknotą wspominam – wcale nie tak odległe – czasy, kiedy pamięć Powstania czciliśmy w Warszawie w godny sposób. O 17:00, na dźwięk syren, miasto zatrzymywało się w zadumie. Pamiętam Marsz Mokotowa bez okrzyków i dymu – raptem dziesięć lat temu to było tak oczywiste. Niestety od kilku lat znalezienie względnie centralnego i reprezentacyjnego miejsca w mieście, gdzie syreny nie będą zagłuszane przez silniki motocykli, gdzie o 17 nie będą zapalane stadionowe race, a o 17:01 nie rozlegnie się skandowanie, jest niezwykle trudne. Nawet „Marsz Milczenia ’44” – nowa inicjatywa „no logo”, która zgromadziła osoby tak jak ja zmęczone i zniesmaczone „nową tradycją” – startował w bezpośrednim sąsiedztwie innego zgromadzenia, gdzie bez rac się nie obyło (stadionowych okrzyków – o dziwo i na szczęście – zabrakło). Samo to, że aby w miarę możliwości „odgrodzić się” od wspomnianej „nowej tradycji” trzeba się specjalnie organizować, jest już wystarczająco przykre.

Media chętnie pokazują obrazki Warszawy „zastygłej w bezruchu”. Od kilku lat również spowitej dymem. Brakuje jednak zbliżeń na twarze i emblematy, brakuje zdjęć osobników „czczących pamięć” np. przez wchodzenie na wiaty przystankowe. Okrzyków też z helikoptera nie słychać.

A z poziomu ziemi wygląda to tak:

Mógłbym mieć nadzieję, że kształtowanie normalnej, zdrowej pamięci jest rolą Muzeum Powstania Warszawskiego. Mógłbym propsować akcję rozdawania bardzo skromnych kotwiczek przez wolontariuszy (jedną z nich od razu przypiąłem i zamierzam nosić), ale z drugiej strony wisi nade mną raczej nieciekawa refleksja, że samo Muzeum również miało niemały wpływ na „upopkulturowienie” rocznicy Powstania. Założenia były słuszne, ale po drodze coś poszło srogo nie tak.

Tęsknota

Naprawdę tęsknię za spokojem i godnością. Za tą minutą ciszy i skupienia, kiedy jedynym dźwiękiem są syreny alarmowe, a miasto zastyga w bezruchu. Nie chcę gaci z opaską, nie chcę okrzyków godnych tych, z którymi nasi przodkowie starli się wówczas w nierównej i skazanej na klęskę walce, nie chcę stadionowych rac i ksenofobicznego rapu. Chcę normalności i niezależnego od poglądów i polityki szacunku dla cywilnych i wojskowych ofiar Powstania. I przyłączam się do licznych apeli, które widziałem na Facebooku, a których twórcy zawierają główną myśl, która powinna nam towarzyszyć każdego 1. sierpnia o 17:00 w dwóch słowach: „Nigdy więcej!”

Polacy muszą mieć szacunek do wszystkich – obojętnie jakich są poglądów, narodowości, czy wyznania. – gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, 1 sierpnia 2017

Co sądzisz? Skomentuj!