Żywa Ulica – przepis na dobre miasto czy hipsterski fetysz?

Chodniki mamy już proste, za to zastawione samochodami, a ulice – przynajmniej większość z nich – ciągle wymarłe. Czy to tylko kwestia ich urządzenia? A może klimatu? Czego tak naprawdę chcą mieszkańcy? Czy nowa urbanistyka jest odpowiedzią na problemy miasta, czy jedynie mydleniem oczu?

Opowiada Olga Sikorska z fundacji Napraw Sobie Miasto, współorganizatorka akcji Żywa Ulica*

 

Andrzej Jędrzejczak: Jakie według Ciebie są największe problemy warszawskiej przestrzeni publicznej?

Konsultuje się raczej już wybrane rozwiązania, a po wielomilionowej realizacji okazuje się, że funkcjonują źle

Olga Sikorska: Największym problemem warszawskich przestrzeni publicznych jest to, że nie odpowiadają potrzebom użytkowników. Dlaczego tak jest? Nikt się mieszkańców, lokalnych przedsiębiorców i przechodniów nie pyta, jak ta przestrzeń powinna wyglądać. Konsultuje się raczej już wybrane rozwiązania, a po wielomilionowej realizacji okazuje się, że funkcjonują źle. Odpowiedzią na ten problem jest prototypowanie, czyli wprowadzanie tymczasowych rozwiązań i ich testowanie.

Jakiej przestrzeni publicznej chcą mieszkańcy?

zakładaliśmy stworzenie pasów rowerowych, a mieszkańcy stwierdzili, że pasy na Wileńskiej wcale nie są niezbędne, więc dostosowaliśmy projekt do ich potrzeb

Różnie bywa. Na początku procesu warsztatowego i rozmów z mieszkańcami, mieliśmy pewne wizje na ten temat, ale okazały się błędne. Na przykład zakładaliśmy stworzenie pasów rowerowych, a mieszkańcy stwierdzili, że pasy na Wileńskiej wcale nie są niezbędne, więc dostosowaliśmy projekt do ich potrzeb i pasów nie było. Za to pojawiła się zieleń, ławki i parklety, które razem z mieszkańcami zbudowaliśmy z europalet.

Na ile reprezentatywne są Wasze konsultacje z mieszkańcami?

Zaczynamy od pukania do każdych drzwi przy opracowywanej ulicy. Rozmawiamy o przestrzeni w sposób ogólny. Zawieramy znajomość i wymieniamy się kontaktami. Później organizujemy warsztaty, podczas których mieszkańcy opowiadają nam o problemach i razem szukamy różnych rozwiązań. Ostatecznie elementy małej architektury budujemy razem z mieszkańcami. Część z nich wynosi nawet swoją własną zieleń na ulice.
Przede wszystkim trzeba rozmawiać. (…) Mocno zależało nam na tym, żeby nikogo nie wykluczać. A samo prototypowanie nie jest działaniem ewolucyjnym, pokazującym kompromis
Dzięki temu zbudowane zostaje poczucie, że jest to nasz wspólny projekt. W samym procesie twórczym nie brało udziału wielu mieszkańców, jednak można powiedzieć, że w ten sposób zostali lokalnymi liderami tych zmian i w przyszłości być może oni popchną innych mieszkańców do rozmowy z miastem o trwalszych rozwiązaniach. Jest to już ułatwione, bo wiele osób, które nie brało udziału w tworzeniu Żywej Ulicy doświadczyło prototypu, który im się spodobał.

Jak pokazują projekty zgłaszane do budżetu partycypacyjnego, oczekiwania mieszkańców wobec wspólnej przestrzeni bywają bardzo różne. Jedni chcą ławki pod blokiem, inni wolą tam miejsce parkingowe. Jedni chcą ścieżki rowerowej, inni przeciw niej protestują. Jak godzić konflikty między różnymi interesami grup żyjących w mieście?

Przede wszystkim trzeba rozmawiać. Projekt zlokalizowany był na Pradze, która jest bardzo zróżnicowana społecznie. Mocno zależało nam na tym, żeby nikogo nie wykluczać. A samo prototypowanie nie jest działaniem rewolucyjnym, ale ewolucyjnym, pokazującym kompromis miedzy użytkownikami ulic. Ani na Ząbkowskiej, ani na Wileńskiej nie zrezygnowaliśmy z samochodów. Zmieniliśmy tylko zasady parkowania i korzystania z jezdni. Na co zresztą zgodzili się kierowcy, z którymi rozmawialiśmy o parkowaniu pokazując im nasze propozycje na makiecie dwa tygodnie przed wydarzeniem.

Czasem można odnieść wrażenie, że ruchy miejskie i apostołowie tzw. nowej urbanistyki na wszystkie problemy mają jedną receptę: ścieżki rowerowe + kawiarniane ogródki. Tymczasem nie jest to oferta dla wszystkich. Czy „hipsterska urbanistyka” nie staje się przypadkiem swego rodzaju fetyszem ruchów miejskich?

Na przykładzie naszego projektu możemy stwierdzić, że hipsterska urbanistyka stała się domeną siedemdziesięciolatek z Pragi. <śmiech> Wracając do meritum – wyszliśmy od pytania o problemy mieszkańców i to oni proponowali rozwiązania. Oczywiście kwestia samochodów i tego, że potrzebują dla nich miejsca też się pojawiła i została uwzględniona. Jeśli urbanista wkroczy na teren, który ma duże znaczenie w ruchu tranzytowym i zarządzi „Zieleń, rowery i ogródki” to jego pomysły spotkają się z negatywnym odbiorem – i dobrze. W mieście są różne przestrzenie nie wszystkie powinny stać się woonerfem albo deptakiem. Niektóre mają taki potencjał i jeśli mieszkańcy chcą go w ten sposób wykorzystać to dlaczego nie?

Nie wiem, czy stojakiem rowerowym da się przysłonić wielką wieżę Warsaw Spire…

Spotkałem się z tezą, że tzw. nowa urbanistyka jest w zasadzie mydleniem oczu odwracającym uwagę od prawdziwych problemów miasta, że nie rozwiązuje tych problemów. Zmiany w małej architekturze są stosunkowo tanie, ale niewiele wnoszą. Przeciwnie, stają się listkiem figowym dla zasadniczych, często dramatycznych przeobrażeń. Widać to m. in. w Warszawie, gdzie włodarze przyswoili sobie promocyjny potencjał takiej kosmetologii – tu dadzą Veturilo, tu ławkę, tu knajpy nad Wisłą, i fajnie jest. Podobnie do sprawy podchodzą wielcy inwestorzy. Wszyscy się cieszą, że Warsaw Spire stworzył „plac europejski”, że jest stojak dla rowerów i fontanna – co z tego, że tym samym wycięty, zdezorganizowany i skomercjalizowany został kawał miejskiej tkanki. Jak się na to zapatrujesz?

Małe zmiany są ważne i małymi zmianami da się zmieniać miasto. Tak jak mówiłam wcześniej zmiany ewolucyjne nie są konfliktogenne i wszyscy się na nie cieszą. Nie wiem czy stojakiem rowerowym da się przysłonić wielką wieżę Warsaw Spire.

A co z dużymi problemami, wymagającymi dużych zmian?

Duże problemy też można rozwiązywać powoli stopniowo wprowadzając zmiany. Myślę tutaj na przykład o polityce parkingowej w śródmieściu. Zaczyna się od edukacji dotyczącej zrównoważonej mobilności, która sama nie jest kosztowna, za to efektywna w czasie. Zaczynamy sami siebie kontrolować w kwestiach parkingowych, zwracać uwagę na łamanie przepisów. Aż część z nas dochodzi do wniosku, że może lepiej przesiąść się na tramwaj. Może teraz brzmi to idealistycznie, ale małymi krokami możemy osiągnąć wielkie cele.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem „żywa ulica”, to pomyślałem o krajach południowych, Albanii, Ukrainie. Gdzie na ulicy toczy się życie, ludzie się spotykają, piją kawę, rozmawiają, grają w warcaby? Czy taka ulica możliwa jest w Polsce?

Oczywiście, że tak! W Polsce może nie ma zakorzenionej głęboko kultury ulicznej, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją zbudować. Wczorajsze wydarzenie potwierdziło tezę Gehla – jeśli pojawia się infrastruktura sprzyjająca danej aktywności to ta aktywność naturalnie również się pojawią.

*Żywa Ulica to program prototypowania i testowania zmian w przestrzeni miejskiej. Na podstawie warsztatowych konsultacji społecznych tworzona jest czasowa makieta zmian w rzeczywistej przestrzeni ulicy, która mieszkańcy i inni użytkownicy mogą wypróbować. a tym samym sprawdzić, czy takie zmiany im odpowiadają. Poniżej zdjęcia z warszawskiej odsłony akcji, jaka odbyła się 22 kwietnia 2017 roku na ulicach Ząbkowskiej i Wileńskiej. Publikujemy je dzięki uprzejmości autorki i autora, Anny Pomichowskiej i Roberta Danieluka.

 

Komentarze

komentarzy