Warszawski Antyprzewodnik Sakralny

Tak jak paparazzi czyha na gwiazdy, tak ja zachłannie poluję na przebojowe kościoły, wzniesione w określanym przeze mnie „stylu sensacyjnym”. Mam na komputerze specjalny church-folder, podobnie zresztą na telefonie. Mam też długopis i notes, ponieważ oprócz żądzy architektonicznej sensacji nachodzi mnie czasem pewna refleksja. Nie jest to refleksja ponura – jest ona raczej o nabieraniu pokory w odczytywaniu niektórych współczesnych kościołów. A te udają kaczki, ślimaki, bunkry, reaktory atomowe, statki kosmiczne, silosy, znalazła się i wyciskarka do cytryny.  Repertuar odniesień dla współczesnej architektury sakralnej, stworzony przez Internetowe Jury, przeze mnie zaś nieśmiało przytoczony, jest równie bogaty co zadziwiający oryginalnością skojarzeń.

Być może zaskoczę Cię i ja, drogi Czytelniku, kiedy okaże się, że w niniejszym tekście nie będę szydzić ze współczesnej architektury sakralnej, ani nad nią płakać. Zabawę w skojarzenia pozostawmy gdzieś na marginesie, bo sprawa jest bardzo poważna – problemem wielu współczesnych kościołów jest porywanie się na „architektoniczną sensację”, porzucane są kanony tam, gdzie nie ma to żadnego uzasadnienia. W przypadku niektórych budowli sakralnych ewolucja współczesnej myśli architektonicznej zabrnęła w naprawdę interesujące miejsce. Rozkładam mapę, chwytam za kompas, uruchamiam GPS i próbuję ustalić dokładniejszą jego lokalizację, lecz niestety! o tym miejscu mogę powiedzieć tylko tyle, że jest bardzo oddalone od tradycji. W przypadku Kościoła zdaje się być nie lada dysonansem.

i-1

Tak sobie myślę pochylona nad tą mapą, że wznoszone w minionych wiekach kościoły wzbudzały podobne emocje u każdego odbiorcy – podziw, szacunek, uznanie zarówno oczytanych jak i nie oczytanych. Monumentalna, symetryczna bryła przekonywała o wielkości i doskonałości Boga – w odbiorze była to architektura dla mas. A architektura jest przecież formą dialogu i zawiera w sobie ukryte treści. W przypadku wielu kościołów współczesnych, żeby doświadczyć ich ukrytego piękna trzeba posiadać określoną wiedzę. Z tego powodu dialog ten bywa bardzo trudny, niekiedy wręcz niemożliwy – przypatrujemy się wybranemu obiektowi sakralnemu z grymasem niezrozumienia, i w duchu zadajemy sobie pytanie „Co ta architektura ma wspólnego ze sztuką chrześcijańską? Do jakiego motywu biblijnego nawiązuje zrealizowana koncepcja architektoniczna?” albo najzwyczajniej w świecie, „o co w tym wszystkim chodzi?”. Dlatego też, wbrew temu, że zarzucana im jest kiczowatość, brzydota, a ”biskup płakał, gdy konsekrował”, niepokornie śmiem twierdzić, że im bardziej egzotyczna czy fikuśna jest bryła kościoła, tym bardziej jest on elitarny w odbiorze. Wobec ograniczonego budżetu, zapragnęłam znaleźć się choć w tej elicie – wypracowałam więc trzy możliwe sposoby tłumaczenia współczesnej architektury sakralnej, dokonując jej podziału na historyzującą, alegoryczną, i, jakkolwiek to zabrzmi – dramatyczną (oczywiście nie mam tu na myśli względów estetycznych, lecz okoliczności powstania świątyni).

i-2

Dlatego też, wbrew temu, że zarzucana im jest kiczowatość, brzydota, a ”biskup płakał, gdy konsekrował”, niepokornie śmiem twierdzić, że im bardziej egzotyczna czy fikuśna jest bryła kościoła, tym bardziej jest on elitarny w odbiorze.

Moja nawigacja GPS wprawdzie nie podołała zadaniu, i nie wskazała mi dokąd to wszystko zmierza, wskazała mi jednak drogę na Warszawę, miasto, które pociesza mnie w momencie zadumy. Czy są w Warszawie (eufemistycznie rzecz ujmując) osobliwe kościoły? Z ulgą przyznać muszę, że przebojowością zdecydowanie nie dorównują kościołom z innych rejonów Polski. Żaden z nich, a jest ich w Warszawie około sto pięćdziesiąt, nie może konkurować z hitami, jakie znajdziemy na przykład w Białymstoku (kościół św. Kazimierza), Poznaniu (kościół Opatrzności Bożej), Jastrzębiu Zdroju (kościół NMP), we Wrocławiu (kościół Opatrzności Bożej, od wielu miesięcy numer jeden na mojej liście przebojów) czy w Opolu (kościół św. Karola Boromeusza). Na potrzeby mojej skromnej warszawskiej refleksji wybrałam spośród nich sześć, a klucz wyboru był dość oczywisty – tylko te wyróżniające się polotem i fantazją.

W znacznej mierze współczesne warszawskie kościoły „historyzują”, lecz w żadnym z nich nie uczyniono tego z takim rozmachem jak na przykład we wspomnianym kościele św. Kazimierza w Białymstoku – jego odbiór dodatkowo jest utrudniony przez wszędobylską i nieoczywistą symbolikę. Dopiero gdy z pomocą informatora przebrnęłam przez gąszcz zagadek i tajemnic skrywanych przez jego architekturę uznałam, że choć białostocki kościółek nie specjalnie mi się podoba, to ma on jednak sens. A teraz spójrzmy na kościół św. Anotniego Marii Zaccarii na Stegnach. Młodziutki, bo wzniesiony w latach 1999-2003 jest idealnym dowodem na to, że jednak można dziś wznieść kościół bez zbędnego eksperymentowania materiałem, nie dając się ponieść fantazji. Zbudowany został na planie krzyża greckiego, jego bryła jest pełna harmonii i bez zbędnych udziwnień. Jedyne czego żałuję w jego przypadku, to to że wygląda jakby został ogołocony z detalu. Dość podobne odczucia (jeśli chodzi o harmonię bryły) towarzyszą mi wobec świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie, a to czy jest ona kompatybilna z moim poczuciem estetyki czy nie, jest myślę sprawą drugorzędną. Historyzm, choć w nieco innym wydaniu odnajdziemy też w architekturze kościoła Matki Bożej w Warszawie Miedzeszynie: nieodparcie nawiązuje on do jakiś dawnych form, na stronie internetowej upewniamy się nawet o zasadności tego domysłu, chodzi bowiem o „formy wczesnobizantyjskie”. Mrużę oczy i myślę, że potencjalnym jego pierwowzorem mógł być kościół św. Apolinarego w Rawennie. Jednak rozmieszczenie i kształt otworów okiennych sprawiło, że „historyzm” ustąpił raczej „histerii”, front bowiem, czy może raczej oblicze kościoła wygląda na mocno zszokowane.

i-3

Mrużę oczy i myślę, że potencjalnym jego pierwowzorem mógł być kościół św. Apolinarego w Rawennie. Jednak rozmieszczenie i kształt otworów okiennych sprawiło, że „historyzm” ustąpił raczej „histerii”

Kościołem o niezaprzeczalnie historyzujących ambicjach, jest kościół Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie, ale w jego przypadku nacisk na oryginalność bryły jest znacznie mocniejszy. Tym, co przesądza jednak o mojej sympatii do niego są okoliczności, w których powstawał, bo właśnie one wskazywały na to, że powstać nigdy nie powinien. Dlatego też zwany jest „budowlą paradoksów”. Oto na przestrzeni lat 70 i 80, w geometrycznym centrum dzielnicy Ursynów powstał kościół, i to jeszcze TAKICH rozmiarów! Wiemy przecież, jak trudne było funkcjonowanie Kościoła w realiach PRL. Erygowanie każdej kolejnej parafii, wzniesienie każdego kolejnego kościoła poprzedzone było latami utrudnień ze strony władzy. A utrudnienia wymyślano rozmaite, właściwie cała zabawa zaczynała się w momencie wydania zgody na powstanie parafii: po pierwsze – walka o lokalizację, po drugie – zmniejszanie działek budowlanych (= wielkości kościoła) bez oglądania się na dużą liczbę parafian. Z tą przeszkodą musiał zmierzyć się na przykład kościół św. Zygmunta na Bielanach – wobec zmniejszenia działki przeznaczonej pod budowę kościoła, już w trakcie budowy trzeba było modyfikować koncepcję i wznieść obiekt dwukrotnie wyższy. Być może fakt występowania w kościołach wzniesionych między 1950 a 1989 partii górnej i dolnej (niekiedy o różnych wezwaniach) należałoby tłumaczyć właśnie koniecznością dostosowania kościoła do wielkości działki przy jednoczesnym uwzględnieniu ilości parafian. Ma to sens, skoro dziś raczej nie wznosi się już piętrowych kościołów.

Po wtóre, Ministerstwo Budownictwa bardzo często zatwierdzało projekty z pozoru niemożliwe, albo chociaż niezmiernie kosztowne i trudne do zrealizowania. Tym też, obok oczywistej konieczności pomieszczenia dużej liczby parafian wobec niewielkiej liczby kościołów, nieśmiało tłumaczę owe zaskakujące rozmiary niektórych obiektów. Dlatego zachowuję pewną ostrożność, nim zarzucę tu komuś „gigantomanię”. Patrząc na niektóre zaakceptowane i, wbrew władzy i prawom fizyki, zrealizowane plany dociera do mnie jak bardzo ponurym poczuciem humoru dysponowała władza komunistyczna. Kościół tymczasem udowadniał, że jednak da się. Tego starcia dobra ze złem jak nigdzie doświadczono we Wrocławiu (kościół Opatrzności Bożej), na szczęście takiej tragedii oszczędzono Warszawie.

i

  Oto na przestrzeni lat 70 i 80, w geometrycznym centrum dzielnicy Ursynów powstał kościół, i to jeszcze TAKICH rozmiarów!

i-4

Odrębną kategorią są dla mnie kościoły będące architektonicznym wyrazem jakiegoś motywu, jak na przykład kościół św. Ducha w Tychach czyli architektoniczna alegoria Namiotu Spotkania, kościół św. Karola Boromeusza w Opolu – och, jakie to proste, przecież tu chodzi o tęczę! W Warszawie taki kościół znajduje się na Służewcu i nosi wezwanie św. Maksymiliana Kolbego. Jego architektura przedstawia… piec krematoryjny. Zrealizowana koncepcja jest bardzo zrozumiała, niemniej mam wątpliwość, czy oby nie za mocna.

Na wstępie niniejszego tekstu wspomniałam, że będzie on o nabieraniu pokory. Był czas, kiedy nie miałam litości – uważałam, że współczesna architektura sakralna to rak budownictwa. Zmieniam jednak rozpoznanie, w wielu przypadkach to nie jest rak, a raczej rany wojenne. Często w architekturze kościołów odciśnięte zostało piętno epoki – kościoły powstałe w okresie PRL przeważnie mają tą samą historię, inaczej została ona tylko wyrażona w ich bryle. Myślą przewodnią niniejszych rozważań jest to, że można nie zgadzać się ze zrealizowaną koncepcją architektoniczną kościoła, trudno, to tylko kwestia gustu, ale przynajmniej należy ją rozumieć. W kwestii „zrozumienia bryły” moim ulubionym przykładem jest kościół św. Ducha w Tychach. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz uznałam, że to statek kosmiczny gotowy do chrystianizacji kosmosu. Och, jakże zarumieniłam się wstydliwie gdy okazało się, że kościół w Tychach to biblijny Namiot Spotkania! Złoszczę się jednak na takie obiekty, jak sanktuarium św. Andrzeja na Mokotowie. Złości mnie to, że ich nie rozumiem, nie widzę Biblii, ani nawiązań do chrześcijańskiej tradycji, nie widzę triumfu Kościoła nad komunizmem. Głęboko wierzę, że klucz do zrozumienia tej bryły nie jest ukryty gdzieś na dnie fantazji Architekta, ja zaś uspokojona świadomością, że wszystko co mnie otacza, da się wytłumaczyć i nie targana wątpliwościami, kiedyś wreszcie spokojnie usnę. Moim skromnym zdaniem, tak jak istnieje nienaruszalny (pomijając potężną moc soborów) porządek celebrowania mszy powinien istnieć także nienaruszalny kanon budowli sakralnej. Aby uczynić zadość konsekwencji w Kościele, w przestrzeni sakralnej nie powinno być miejsca na improwizację, interpretację czy ogólnie rozumianą swobodę i cieszy mnie, że w Warszawie tej improwizacji jest stosunkowo niewiele.

*****

Tekst: Karolina Mętrak.

Więcej ciekawych opisów architektury sakralnej nie tylko w Warszawie znajdziecie na blogu oraz profilu FB.

Komentarze

komentarzy