Waciki i maseczki

To oczywiście nie będzie historyjka o upiększaniu, demakijażu i dbaniu o wygląd skóry. W ogóle nie będzie ona o niczym przyjemnym. Ale gdzieś tam z tyłu całej smogowej afery, która ze wzmożoną siłą wybuchła w ostatnich dniach, pali się nieśmiałe światełko nadziei, które nie jest płomieniem w opalanym butelkami PET piecu domu na Zaciszu.

O smogu na „Pańskiej Skórce” było już wiele razy. W ujęciu bardziej „naukowym” (cudzysłów uzasadniony, bo nikt z naszej redakcji tym tematem profesjonalnie się nie zajmuje, choć wszystkim nam leży on na sercu od lat), a także bardziej alarmistyczno-schyłkowym. O smogu w mniej i bardziej popularnych mediach coraz więcej mówi się też na obu tych poziomach. Od kilku lat Miasto Jest Nasze przenosi na stołeczny grunt krakowskie doświadczenia i przejmuje rolę ratusza, jeśli chodzi o budowanie świadomości, czy wręcz o doraźne ostrzeganie mieszkańców przed wysokimi stężeniami toksycznych substancji w powietrzu. Te kilka lat dobrej roboty zwykłych ludzi, naukowców, niektórych dziennikarzy, zaczyna wreszcie przynosić efekty – hasła „PM10” i „PM2,5” zna już (przynajmniej patrząc po internetowych dyskusjach) prawie każdy, a i benzo[a]piren nie kojarzy się już mieszkańcom Warszawy z bliżej niesprecyzowaną substancją czynną leku na kaszel, a wręcz przeciwnie – z tym, co ów kaszel może wywoływać. Po kolejnych dniach z rekordowymi stężeniami trujących substancji w powietrzu także ratusz zdaje się budzić z letargu – niestety tylko zdaje, ale o tym zaraz.

Pisanie o tym, że jakość powietrza w Warszawie jest fatalna, zakrawa obecnie na truizm. To wie każdy, a facebookowe eksperymenty z wacikami przytykanymi do rury odkurzacza tylko to potwierdzają. Inna sprawa, że są one smutnym dowodem na to, że dopóki sami nie zobaczymy, to nie uwierzymy, niezależnie od tego, że profesjonalne urządzenia pomiarowe od dawna pokazują to, co zmyślne waciki mają udowadniać od wczoraj. Producenci masek przeciwpyłowych również zacierają ręce – ich obroty w ostatnich dniach poszły niesamowicie w górę (pamiętajcie jednak, aby przy ewentualnym zakupie takiego akcesorium zwrócić uwagę na klasy produktu dotyczące wielkości cząsteczek – oznaczane literą P lub FFP – więcej o tym u znających się na rzeczy mieszkańców Krakowa: [klik]). Czy jednak tędy droga? Czy jesteśmy skazani na wychodzenie z domu jedynie w maskach, instalowanie dodatkowych filtrów w wentylacji, a za parę lat – kto wie – być może śluz powietrznych i życie jak na planie postapokaliptycznego sci-fi? Oby nie.

Ratusz, jak wspomniałem, pod społecznym naciskiem, powoli przestaje udawać, że problemu nie ma (udaje nadal minister zdrowia, aż chce się sparafrazować wielkiego poetę i w ślad za nim powiedzieć: „Teoretyczne państwo, teoretyczny minister, teoretyczny smog”, ale chyba i on – a przynajmniej taką mam nadzieję – będzie kiedyś wreszcie musiał choćby symbolicznie „postawić się” węglowemu dyktatowi). Działania włodarzy Warszawy są jednak powierzchowne i nastawione wyłącznie na chwilowy efekt. Co sam ratusz potwierdza w facebookowych dyskusjach. Żeby nie wchodzić w zbędne dygresje – stanowisko władz Warszawy w skrócie wygląda następująco:

– w Warszawie mamy smog (szok i niedowierzanie!);
– latem szliśmy w zaparte, że trucizna pochodzi głównie z gospodarstw ogrzewanych indywidualnie, zwłaszcza podmiejskich, a nie z rur wydechowych i klocków hamulcowych;
– zimą nadal tak mówimy (gdyż zimą jest to bez wątpienia prawda), ale ponieważ mamy smog, to uruchamiamy darmową komunikację publiczną, aby zachęcić kierowców do pozostawienia aut w garażach (gdzie logika?);
– darmowej komunikacji publicznej nie możemy oferować częściej niż raz na jakiś czas, bo nas na to nie stać, a w ogóle to pasażerowie finansują zbiorkom ledwo w 1/3, więc niech nie narzekają;
– ale za to bardzo dziękujemy tym, którzy zdecydowali się zostawić samochód w domu (obowiązkowo z emotką serduszka);
– oraz mamy wieloletni i szeroko zakrojony plan walki ze smogiem (szok i niedowierzanie ^2).

Gdyby nie chodziło o bardzo negatywny wpływ „powietrza” warszawskiego na zdrowie nas wszystkich, można byłoby sobie nawet tutaj trochę bardziej pożartować z tej pokrętnej logiki. Nie ma jednak co żartować. W „Programie ochrony środowiska” na lata 2017-2020 pełno jest wielkich haseł, którym jednak dotychczasowe działania ratusza zdają się w praktyce przeczyć. Można mieć pełne usta frazesów, ale dopóki nie zobaczymy faktycznej realizacji tych pięknie brzmiących postulatów (wśród nich m.in. rozwój i utrzymanie zieleni – w kontekście krucjaty drwali w 2016 można tylko uśmiechnąć się z politowaniem), nic się w mieście nie zmieni. Co więcej – zamiast „planu”, który sprawia wrażenie przygotowanego na kolanie, a tak naprawdę większość ujętych w nim działań ma charakter edukacyjno-informacyjny (ok – dobre i to!), powinniśmy otrzymać od miasta prawdziwą strategię, o perspektywie dłuższej niż trzy lata, uwzględniającą w szczegółach wszystko, co w tym powierzchownym dokumencie się znalazło i nie znalazło. Mianowicie:

– realne działania na rzecz ograniczenia szkodliwej emisji z indywidualnych gospodarstw (faktyczne, zintensyfikowane kontrole, edukacja, dopłaty);
– przemyślana, długofalowa strategia rozwoju transportu zbiorowego, ze szczególnym uwzględnieniem szynowego – tu mamy lata zaniedbań do nadrobienia;
– realny plan ograniczenia indywidualnego transportu samochodowego – kierowcy jednak powinni otrzymać uczciwą alternatywę (patrz wyżej), a to bez solidnych inwestycji w „zbiorkom” nie może się udać – wystarczy poczytać komentarze kierowców rozczarowanych dniami „darmowego transportu”;
– zwrócenie bacznej uwagi na nową zabudowę miasta – szczególnie na zabudowywanie klinów napowietrzających oraz na dogęszczanie zabudowy w centrum, która jeszcze pogarsza i tak marną cyrkulację powietrza w Śródmieściu;
– i wreszcie: prawdziwą politykę ekologiczną dla zielonej Warszawy – a przede wszystkim powstrzymanie masowych wycinek drzew na mniejszą i większą skalę. Zanim ewentualne „nasadzenia zastępcze” osiągną swoją wydajność, miną dekady.

To nie jest plan do napisania w tydzień w dziale komunikacji ratusza. Ale pół roku powinno wystarczyć na powołanie i skoordynowanie prac prawdziwego interdyscyplinarnego zespołu. Choćby miało to kosztować sporo pieniędzy, myślę, że mieszkańcy zrozumieją taki wydatek, jeśli efektem będzie rzeczywisty, a nie wyłącznie „papierowy” plan, możliwy do realizacji.

A co w tym wszystkim jednak mnie cieszy? Dwie rzeczy. Pierwsza z nich to to, że mieszkańcy Warszawy przestali być obojętni i rzeczywiście zaczęli interesować się „zupą”, w której żyją, i którą oddychają, Oby to zainteresowanie nie minęło wraz z mrozami – letni smog nie śmierdzi aż tak jak zimowy, co nie znaczy, że jest mniej trujący. Druga bardzo ważna kwestia to to, że niezależnie od tego, kto wystartuje w najbliższych wyborach samorządowych, i kto je wygra, przynajmniej sam temat warszawskiego środowiska i powietrza po raz pierwszy ma szansę zostać potraktowany jako jeden z priorytetów w kampanii. I oby tak samo potraktowali go wyborcy, również rozliczając później pracę wybranych przez siebie nowych władz Warszawy.

Komentarze

komentarzy