Skarpa

aut. Beata Stolar, tekst wyróżniony w kategorii „Nieznane miasto”.

Pierwszy dzień świąt. Spędzam go, jak zwykle, u rodziców – jadę na dolny Mokotów i jak zawsze, zaraz po skręcie z Puławskiej z Dolną, czuję, że wróciłam. Zawsze mówię, że pewnie to samo czują wszyscy ci, którzy wracają z Warszawy do swoich rodzinnych miast. Wydawałoby się – znasz każdą dziurę w chodniku, każdy rozpadający się murek, każdy niby-trawnik, w stanie agonalnym od 30 lat (a jednak się trzyma, regularnie rozjeżdżany, rozdeptywany i obsrywany).

No więc pierwszy dzień świąt. Idę na spacer, jak zawsze, już drugi rok bez psa, już drugi rok bez pretekstu. Tam, gdzie chodzi się z psami, czyli nad jeziorko. Nie ma rytuału szukania patyka, boli.

Oczywiście, białe święta to nie teraz, więc wszędzie jest błoto. I kupy. Natychmiast w którąś wdeptuję. Tu się nie przyjęło sprzątanie po pupilu. Trawa zielona jak na wiosnę. Wchodzę wydeptanym i ulepszonym przez mieszkańców płytami chodnikowymi wejściem bocznym. Stoję twarzą do Skarpy i powoli zaczyna do mnie wracać znajome poczucie absurdu, że oto jestem prawie w centrum miasta, a patrzę na pagórek, jeziorko, łąkę.

Niektórzy mówią o nim Balaton. Nie ma chyba oficjalnej nazwy, to po prostu glinianka, miejsce spotkań okolicznych żuli, psiarzy, podrostków na wagarach i od kilku lat downhillowców. U podnóża Skarpy, trochę widoczne z Dolnej, a trochę nie. Nikt poza mieszkańcami tu nie spaceruje. Od spacerowania jest pobliskie Morskie Oko i Trzy Stawiki, poza tym – na elegancko to do Łazienek albo Królikarni. Tu jest pomijalnie. Miejscowi czasem zrobią grilla albo powędkują. Albo wypalą trochę kabli w ognisku. Lokalna legenda głosi, że w jeziorku którejś jesieni się ktoś utopił. Wypłynął na wiosnę, jak lód puścił. Poza tym jest tu całkiem przyjemnie, są kaczki, i takie zwykłe, i takie czarne z białą główką. Mieszkają w szuwarach, które raz na jakiś czas podpalają jacyś idioci. Nikogo tu dziś nie ma. Gdzieś zabłąkany człowiek z bardzo starym psem, po chwili prawie wjeżdża mi na plecy downhillowiec (który, nie wiedzieć czemu, postanawia poślizgać się po błocie). Przyszłam tu znów po to samo – po cegły.

Dlaczego cegły, zapytasz. Skąd cegły? Całemu mojemu dzieciństwu spędzonemu na tym nieregularnym skrawku pomiędzy Dolną, Puławską, Konduktorską i Piaseczyńską towarzyszyły właśnie one. W każdej ścieżce, na każdym trawniku, na każdej wydeptanej wiejskiej drodze w środku Warszawy. Gruz. Tak o nim zawsze myślałam – no budowali ten nasz blok na początku lat 80., to został. Oczywiste. Poza tym jakie dziecko się zastanawia, dlaczego. Element świata i tyle, to nie wszędzie tak jest? Nawet się nie przyglądasz, po co to komu.

Z czasem trafia to do ciebie, że świat istniał też przed twoim narodzeniem. Dla mnie to był moment, w którym zaczęłam obsesyjnie oglądać mapy Warszawy udostępnione na stronach miasta. Nakładałam kolejne warstwy z różnych lat, patrzyłam, jak zmieniały się przebiegi ulic, i wzruszałam się, gdy były takie same jak kiedyś. Miasto trwalsze od nas, mimo wszystko. A w końcu dobrałam się do zdjęć lotnicznych. A tam jeziorko. W innym miejscu. A na planie z tego czasu – napis „Cegielnia”. I prostokąty budynków tam, gdzie kończyła się Skarpa, więcej, niż stoi teraz. Ulica Ludowa była dłuższa? Teraz jest tam po prostu chodnik wzdłuż bloków i nielegalny parking. Ulicy nie ma, ale ludzie chodzą bez zmian. Po prostej.

A więc przy najbliższej okazji wycieczka do cegieł, żeby upewnić się, że nie przywidziały mi się. Że to nie resztki porzuconych pustaków, że to nie szczątki ośrodka egzaminowania kierowców. Ponieważ wtedy jeszcze towarzyszy mi pies, najpierw spełniam obowiązek patykowy. Znaleźć, podroczyć się, rzucić, odebrać po przekomarzankach, powtórzyć. Zmierzam w stronę bocznego wejścia na Warszawiankę, między Skarpą a płotem tego ośrodka od kierowców. Dawniej był to główny szlak okolicznej dzieciarni, potem w latach 90. zagrodzony, chyba po to, żeby hołota nie pałętała się po pięknych nowych kortach tenisowych i nie stresowała ludzi w ciemnych okularach. O tyle nam możecie, pomyślała dzieciarnia, i zaczęła obchodzić płot górą. Dołożyli płot na sam szczyt Skarpy, oczywiście. Eldorado tenisowe skończyło się, płot rozgięły anonimowe uczynne ręce, można przechodzić, ale już nikt nie chce. Warszawianka już dawno umarła.

Tak więc pod płotem, tuż u stóp Skarpy, pierwsze cegły. Krok dalej – kolejne, porośnięte mchem, z prawie niewidocznym napisem.

Cofam się i idę wzdłuż pagórka, kiedyś były tu pokrzywy po pas, mijam kolejne niemal pionowe zejścia dla odważnych, schodziłam tędy kiedyś, jak to możliwe – może jak ma się metr dwadzieścia to upadek nie jest z wysoka?, dalej, cegła, cegła, łagodne wejście na Skarpę, zawsze były dwie równoległe ścieżki i nadal są, jedna dla dzieciarni, nielegalna, druga, na spacery z babcią i z bratem, wąska, ale bezpiecznie odgrodzona od przepaści. Tu był kiedyś czarny bez, ładne miał kwiatki, ale strasznie śmierdział. Mijam tor downhillowy zbudowany w czynie społecznym, podchodzę pod kamienice przy Dolnej 35, od tyłu. Górka. Ale to nie fragment Skarpy. To porośnięte krzakami i zielskiem gruzowisko. Luksfery. Lastriko. Dalej cegły, otynkowane. Patrzę i wiem, że stoję na kamienicy, której nikt stąd nie wywiózł. A ona, i jej podobne, rozeszła się przez ponad 60 lat po całym tym zapomnianym skrawku.

Wtedy jeszcze łudzę się, że te cegły to z cegielni. Tej z mapy ze strony miasta. Ale chyba nie.

Następny krok to oczywiście szukanie w Referacie Gabarytów. Jest kamienica pod nr 37, jest oficyna – Dolna 35. Jest i brama. Po chwili sprawdzam też miejsce, gdzie teraz stoi mój blok – doklejony jest do czegoś znacznie starszego od siebie. Była tu kiedyś mydlarnia. Przed mydlarnią przechodzi dziewczynka, chyba wraca ze szkoły, bo wymachuje workiem z kapciami. Gdzie tu była szkoła? Potem przeszukuję archiwa – są zapiski z 1945 r. Który budynek przeżył? Trochę przeżyło.

Pozostałe – nie nadaje się do remontu, wypalone, całkowicie zburzone, stropy naruszone. Dolna 33, tylko fundamenty. Dolna 19, szkoła powszechna, ach, to stąd szła dziewczynka. Nie ma szkoły. I póki poszukiwania trwają, póki oglądam zdjęcia i czytam zapiski, to jeszcze jakoś się trzymam. Ale gdy kończy się przyjemność odkrywania, robi się gorzej. Jedyna w swoim rodzaju skarpa. U podnóża – jeziorko. Tuż obok ruchliwa ulica, toczy się życie. A jednak tu jest martwo. Bawiłaś się na gruzowisku. Rowerzyści lepią swój tor z błota i połamanych domów. Bezdomni palą te swoje ogniska, a mieszkańcom kamienicy, która stoi najbliżej skarpy, nawet nie chce się sprzątnąć śmietniska, które mają pod oknem. Z drugiej strony – może i dobrze. Nie mogłabym przychodzić na cegły, bo by ich nie było.

Dzisiaj wracam. Po dwóch latach wiem więcej, może dzięki temu i więcej zobaczę. No i są skarby – pewnie były tu cały ten czas – a to fragment posadzki z mozaiką w gorsecik. A to kafle, jeden, drugi. Kolejne luksfery. Duże, odłupane fragmenty ścian. Dziś podchodzę bliżej do kamienicy, śmietnisko jak dawniej, ale teraz zauważam, że z dużych elementów miejscowi zrobili sobie jakieś siedziska. Ktoś wybił małe okienko w ślepej ścianie. Może chciał mieć widok na Balaton?



W błocie dwa słupki – wyglądają na rówieśników kamienic. Mijam podwórko między kamienicami, no tu już trochę życia. Przekraczam bramę. Część ogrodzenia została, część nie, widać przez nią wysmakowane billboardy reklamujące ekskluzywne, oszałamiające osiedle wybudowane nieopodal. (Byłam tam, jest ohydne. Ktoś zasłonił sąsiadom całe światło i obłożył budynek żółtym marmurem.)

Po drodze mijam jeszcze ludka z opon. Trochę się z niego śmieję, a trochę rozumiem, że można chcieć czegoś wesołego, gdy wokół błoto i gruz.

Wrócę tu pewnie jeszcze, pooglądać te cegły. Skoro ja się nimi interesuję, to może i tym budynkom-nieboszczykom jakoś lepiej.

Poza tym, z jakiegoś powodu temat gruzów u stóp Skarpy wraca w nieoczekiwanych momentach. Takie chwile, które wymyślone – byłyby w bardzo złym guście. Wyobraź sobie, że kupujesz mieszkanie na Służewie (dolina Smródki przypomina Ci tę wiecznie nasiąkniętą ziemię wokół jeziorka, pobliska Kopa Cwila jest substytutem Skarpy). Właścicielka patrzy na Twój adres na umowie, uśmiecha się i mówi – o, Dolna. Urodziłam się na Dolnej, mieszkałam tam. Uradowana, pytasz o numer domu. Kobieta nagle zmienia ton i chłodno odpowiada tylko – tego budynku już nie ma.

Komentarze

komentarzy