Prawo do kaptura

Najbardziej wstrząsającym filmem 2016 roku nie jest Wołyń Smarzowskiego, ani w ogóle żadne inne dzieło polskiej czy światowej profesjonalnej kinematografii. Nagranie, które zasługuje na taki tytuł ma 21 sekund i powstało około miesiąca temu w podwarszawskim Pruszkowie. Choć równie dobrze mogło zostać dokonane na Ursusie, Woli, Pradze czy Białołęce. Lub gdziekolwiek indziej, ale na pewno w Polsce.

Nie chcę, żebyście ten film oglądali, to mocne przeżycie. Ale Wam go zrelacjonuję.

To subtelne dzieło. Operator nie był być może nawet obecny w pobliżu, gdy jego cyfrowa kamera beznamiętnie rejestrowała wydarzenia toczące się pewnego wczesnego, grudniowego wieczoru na skrzyżowaniu dwóch niedużych ulic. Siąpił deszcz, wiał wiatr. Było już ciemno, ale widoczność całkiem niezła, bo to środek Pruszkowa, więc liczne latarnie dają wiele światła.

Dwie filigranowe dziewczyny idą chodnikiem. Mają wąskie spodnie i płaszcze z kapturami, są ubrane dosyć podobnie do siebie, choć to nie siostry, tylko koleżanki. A może właśnie dlatego. Idą powoli, spacerują. Jedna poprawia coś przy bucie lub nogawce, druga się do niej obraca i może popędza, a może tylko czeka. Wiemy, że mają po 17 lat.

Też miałem kiedyś 17 lat. Teraz tego nie mogę pojąć, ale wtedy uwielbiałem wyłazić niemal codziennie i szlajać się po ośce z kumplami. Mogło padać, mogło śnieżyć, mogło wiać, mogło być – 20, ale i tak woleliśmy takie łażenie, niż siedzenie ze starymi w domach. To było prawie dwadzieścia lat temu, ale nic się w tej kwestii w świecie siedemnastolatków nie zmieniło. Gdy ma się właśnie tyle lat, to się łazi, tak po prostu jest.

Dziewczyna poprawiła buta lub nogawkę, podeszła do koleżanki i razem, spokojnym krokiem, weszły na pasy. Samochód z lewej już stał i je przepuszczał. Tym samym, równym, spokojnym, spacerowym krokiem obie szły po „zebrze”. Jedna dostała może jakiegoś smsa, bo spoglądała w telefon, druga szła obok. Jeden metr, drugi, trzeci.

Piętnasty krok, dwudziesty krok, już prawie są po drugiej stronie ulicy, zostało im może z pół metra do chodnika. I wtedy pojawia się on. Wiemy skądinąd, że ma 61 lat, a samochód który prowadzi to skoda. I jest trzeźwy. To nie naćpany 20 latek w 23 letnim golfie trójce. To nie pijany 40 latek w rozklekotanym espero, na co dzień kat swojej żony i dzieci. To zupełnie zwykły, stateczny, już trochę starszy facet w skodzie. Trudno o bardziej stabilnego i zrównoważonego przedstawiciela naszego społeczeństwa.

I właśnie ten stateczny, zrównoważony, trzeźwy 61 latek wjechał swoją stateczną i zrównoważoną skodą w kadr oglądanego przez nas filmu. Nie jechał przepisowych w terenie zabudowanym 50 kilometrów na godzinę, to było na pewno szybciej. Ćwierć sekundy później odkąd go zobaczyliśmy był już przed pasami, po których szły obserwowane przez nas dziewczyny. Z metr czy półtora przed przejściem zaczął hamować. Wtedy je dopiero zobaczył. One go nie zobaczyły. Miały kaptury na głowach, a jedna patrzyła w telefon. Tu się musimy zatrzymać. To co się działo dalej, jest oczywiste. Filigranowe dziewczyny zostały zdmuchnięte przez zrównoważoną skodę z pasów.

W tym miejscu należy zacząć inną historię. To opowieść o ludziach, którzy ten film obejrzeli w internecie i postanowili wyrazić swoje zdanie na jego temat. Osoby w różnym wieku, różnej płci, mieszkańcy różnych stron Polski. Czasem komentujące anonimowo, czasem pod imieniem i nazwiskiem. Wtedy można nawet wejść na ich social mediowe profile i zobaczyć, jak spacerują po plaży w Juracie, karmią dzieci czy bawią się z kotem. Też zwyczajni ludzie.

Czytanie ich komentarzy to przeżycie nie mniej wstrząsające i bolesne, niż oglądanie tego filmu. Liczba obelg wobec ofiar wypadku jest gigantyczna, a najczęściej powtarzająca się, choć na pewno nie najmocniejsza, to „święte krowy”. Tak właśnie, to ich samych wina. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, to pieszy powinien zachowywać czujność non-stop. Jego obowiązkiem jest kręcenie głową niczym surykatka w poszukiwaniu grożących mu niebezpieczeństw. W każdej chwili przecież może pojawić się zupełnie zwykły kierowca, który bardzo się spieszy, który musi zajrzeć do telefonu, albo właśnie zmienia stację radiową i nie patrzy na drogę. I jeśli kogoś wtedy rozjedzie, to przecież nie jego wina, bo każdy normalny człowiek powinien na niego uważać.

Tylko, że to wszystko nieprawda. Jako pieszy mam prawo nosić kaptur w wietrzny, deszczowy dzień. Mam prawo odebrać smsa. Mam prawo nie rozglądać się dwieście razy przechodząc spokojnie przez pasy na jednopasmowej uliczce w spokojnej części miasta. Natomiast to kierowca ma obowiązek dostosować prędkość do warunków jazdy. Prawo zobowiązuje go do zachowania czujności i patrzenia na drogę, zwłaszcza w pobliżu pasów. To on ma pod sobą około tony żelastwa, które rozpędzone do prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę łatwo zamienia się w maszynę do zabijania.

Póki nie zrozumiemy, że prowadzenie samochodu naprawdę niewiele różni się od biegania z odsłoniętym, ostrym nożem w wyciągniętej ręce i zawsze stanowi pewne ryzyko, to ofiar na drogach nie ubędzie. Dopóki odpowiedzialnością za wypadki będziemy obarczać przede wszystkim ich ofiary, nic się nie zmieni, siedemnastoletnie dziewczyny przechodząc w prawidłowy sposób po pasach przez ulicę będą przejeżdżane przez skody zupełnie zwykłych 60 latków. Póki tego wszyscy nie zrozumiemy smutne statystyki będą rosnąć.

W 2015 roku na pasach w Polsce zostało zabitych 240 osób, dane za 2016 policja poda pewnie niedługo.

Komentarze

komentarzy