Niebo nad Grochowem

Grochów płonął. Słońce zachodziło za blokami, a czerwonozłota łuna oślepiała blaskiem.

– Cudowny koniec dnia. – westchnął Damian.

Wieża Polsatu całkowicie zmieniła barwę z benzynowoszklanej. Teraz przypominała rozżarzoną grzałkę tostera.

– No to za miły wieczór. – powiedział do siebie pod nosem Damian i wychylił ostatni łyk Królewskiego z butelki.

Był ubrany w szeleszczący dres i kolarski kaszkiecik. Stał na najniebezpieczniejszej kładce Warszawy. Dawno temu wiadukt dla pieszych nad ul. Ostrobramską ochrzciła takim mianem Gazeta Stołeczna. Stare czasy minęły. Kiedyś jedynym blokowiskiem w okolicy było Osiedle Ostrobramska. Bloki Gocławia za Centrum Optyki jeszcze nie istniały. Bananowa młodzież odwiedzająca Promenadę bała się kładki jak ognia. Damian dobrze pamiętał jak dwa razy trzymali z kolegą frajera za nogi nad ulicą. Trochę pozwisał i dał im na fajki. O co było tyle krzyku? Dzisiaj nikomu nie przyszłyby do głowy takie numery. Od razu policja, straż miejska i wojsko. Dzielnica stała się pełna atencjuszy. I nie dziwota. Promenada się koszmarnie rozrosła, wszystkie wolne przestrzenie zabudowali nowymi osiedlami… Tylko ekskluzywnymi i grodzonymi. Dla takich co się boją…

– Dobrze, że kładka mi jeszcze została. – pomyślał Damian.

– Pokłoń się. – dobiegł donośny głos zza pleców dresiarza. Bardzo donośny.

– Co do ch…

Blask łuny nasilił się, a nagły podmuch wiatru zdmuchnął kolarski kaszkiecik z ogolonej głowy Damiana.

– Nie, no, kurwa. – zawołał Damian wyciągając rękę za spadającą czapką.

– Proszę bardzo. – odpowiedział tubalny głos.

Damian stał jak wryty. Przedziwna macka trzymała na wysokości jego twarzy kaszkiet. W oddali na horyzoncie wyłaniała się sylwetka kolosalnej paszczy.

– Pokłoń się. Wyrastam zbudzony krzywdą kładki. Tylko ty pamiętałeś o jej duchu. – huczał ryk z odległej paszczy.

– Raptem dwie osoby skroiłem. – odpowiedział niewzruszony Damian.

– Pragnę więcej. – odpowiedziało zirytowane monstrum.

– Nie ma bata. Oddawaj kaszkiet i kasę na piwo. – Damian szybkim ruchem spróbował wyrwać czapkę z uścisku macki.

Pomylił się. Macka w pół sekundy odsunęła się, a dresiarz wyleciał przez kładkę. Asfalt zbliżał się w zastraszającym tempie. Damian już żegnał się ze światem gdy coś chwyciło go za nogi i zaczęło nim potrząsać.

– Daj na piwo. Daj na fajka. – buczała paszcza.

– Przecież nie mam.- odkrzyknął piskliwym głosem przerażony Damian.

– Myślisz, że oni mieli? – zahuczał potwór i zaczął rytmicznie  potrząsać dresiarzem w górę i w dół.

Nadszedł zmierzch. Niebo nad blokami pociemniało, a pod kładką nad Ostrobramską przejechało 520. Na pobliskim przystanku leżał kaszkiet. Damian nie wrócił do domu.

******

Ilustracje: Misiewicz (thenamelesscity.tumblr.com)

Zdjęcie: Magdalena Markiewicz

 

Komentarze

komentarzy