Najtańsza kawa w mieście

Charles Maurice de Talleyrand-Périgord pijał tylko jeden rodzaj kawy. Jego czarna woda musiała być „gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak anioł, słodka jak miłość”. Wszystko wskazuje na to, że francuski mąż stanu był amatorem espresso. Gdyby przeniósł się w czasie do współczesnej Warszawy miałby w czym wybierać. Prawie na każdym rogu można napić się kawy – czy to w kawiarni sieciowej czy oryginalnej kafejce. Niestety, cena filiżanki małej czarnej przyprawiłaby Talleyranda o zawrót głowy. Wykrzyknąłby zwyczajowe francuskie „Mon Dieu!”. Musiałby ugiąć się pod ciężarem realiów rynku. Jego kawowa dewiza zyskałaby nowe brzmienie: „gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak anioł, słodka jak miłość, droga jak cholera”.

i W tym kiosku można wypić najprawdopodobniej najtańszą kawę z mieście. 

Kawa „gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak anioł, słodka jak miłość, droga jak cholera”.

Dlaczego warszawiacy cierpią na tak drogą kawę? Ciężko znaleźć odpowiedź na to pytanie. Polskę zwyczajowo klasyfikuje się jako kraj herbaciany, ale kawa jest u nas popularna jak we Włoszech. Widać to zwłaszcza w stolicy, gdzie ogródki kawiarniane rzadko kiedy pustoszeją. Jest pewien szkopuł. Warszawa bije na głowę Rzym pod względem ceny pobudzającego napoju. W Wiecznym Mieście można wejść do kawiarni i wypić szot espresso za przysłowiowe euro. Kawa na miejscu jest droższa, ale skoro decydujemy się usiąść przy stoliku to do rachunku dolicza się obsługę. Taka przyjemność nie jest zamachem na portfel, bo mieści się w granicach dwóch euro – czyli mniej więcej ceny wyjściowej za espresso przy stoliku w warszawskiej kawiarni. Z obsługą.

W stolicy za pojedyncze espresso płacimy około półtora euro. Cena podwójnego zależy od tego, w jaki sposób kawiarnia policzy moc nabicia ekspresu. Za podwójną kawę niektóre sieciówki potrafią zażądać nawet podwójnej ceny. W obliczu takiej zmowy cenowej espresso za 5 lub 6 złotych staje się towarem niszowym. Lepiej niż w starbuniach jest w instytucjach kultury. Kawa w muzealnej kawiarence nie odstrasza ceną, a często umila i przedłuża pobyt. Nie zawsze jednak do galerii jest po drodze…. Co zrobić, by nie zwątpić i całkiem nie stracić nadziei? Odpowiedź jest prosta: trafić na odpowiedni potykacz. Skoro już go znalazłem to zdecydowałem się wpaść na kawę.

i (1)

Reklama dźwignią handlu. 

Lokal z chyba najtańszą kawą jest niepozorny. Łatwo go przeoczyć, bo to kiosk RUCH-u.

W samym centrum Warszawy, na tyłach placu Zbawiciela udało mi się wypić espresso za włoską cenę. Zapłaciłem 3,90 zł czyli tyle, ile mała czarna kosztowałaby w Rzymie. Lokal z chyba najtańszą kawą jest niepozorny. Łatwo go przeoczyć, bo to kiosk RUCH-u. Właściciele wiedzą jednak, że reklama jest dźwignią handlu. Zadbali bowiem o potykacz, który zaprasza przechodniów normalnymi cenami kawy. I to nie byle jakiej, bo Lavazzy. Marka zobowiązuje – kiosk oferuje następujące rodzaje napoju: espresso, espresso lungo, caffe nero, caffe bianco, caffe latte i cappuccino. Całkiem dużo, jak na małą klitkę. Co najważniejsze, kawa jest smaczna. Wypiłem ją na ławce w pobliskim skwerku. W tym czasie kilka osób przewinęło się przez tajne miejsce i wyszło z niego z kawą i szerokim uśmiechem na twarzy. Pomysł ma rację bytu, zwłaszcza, że kiosk znajduje się w samym środku zagłębia drogich knajp i kawiarni. Jest bardzo konkurencyjny.
Jaki z tego morał? W stolicy można wypić espresso i nie zostać okradzionym. Dlatego wołam: Kawosze całej Warszawy łączcie się! Poszukajcie kiosku na ul. Chopina albo otwórzcie własne lokale z dobrą kawą na ludzką kieszeń.

Komentarze

komentarzy