Nadmiar. Rozmowa z Dominiką Dymińską.

O nadmiarze, warszawce, kłopotach z odbiorem przekazu i spokojnym życiu w prawobrzeżnej dzielnicy rozmawiamy z Dominiką Dymińską – autorką książki „Danke”.

Mateusz Kaczyński: Za co dziękujesz w powieści „Danke”?

Dominika Dymińska: Za życie typu fake’owego już dawno podziękowałam. Dawno nie rozmawiałam o książce. Okres wywiadów i promocji już minął. Pojawiły się zarzuty o hipokryzję: że zarzucam ludziom, że imprezują, a sama też imprezuję. Nie oskarżam ich,  że imprezują czy ćpają, ale że z imprezowania robią siłę napędową życia i świata. O imprezowaniu opowiadają, jak o czymś politycznym, co zmienia świat i jest czymś więcej niż w rzeczywistości. Melanż jest melanżem, a życie jest życiem.

Warszawa ma opinię miasta przepitego i przećpanego…

Nie chcę iść w tym kierunku. Być może to błąd, że linia promocyjna poszła w stronę warszawki, ćpania, chlania itp. To nie wszystko, o czym jest moja książka. To raptem jej cząsteczka.

Może to dobry moment, żeby te wątpliwości wyjaśnić?

Jest o tym rozdział, ale to nie jedyny temat, który porusza. To przede wszystkim książka o ciele – rozwijam w niej to, co pisałam o relacji z ciałem w „Mięsie” – o niezgodzie na własne ciało i nieumiejętności życia z nim. Kontynuuję wątek, że ciało jest ważne, ale idę bardziej w seks, w miłość. Prowadzę kontekst bulimiczny w innym kierunku. Dużo rzeczy w książce przeszło bez echa. Może było to błędne zagranie promocyjne, które skupiło się na tym, co chwytliwe. Dominika Dymińska ocenia warszawkę. Ho, ho, ho, super. Odżegnuję się od tego. Po prostu coś tam faktycznie krytycznie oceniam. Chciałam zacząć jakąś dyskusję. Trochę się podłożyłam i wiedziałam, że zbiorę za to baty. Mało jest osób, które odważyłoby wystąpić przeciw tak szczelnej plemiennej strukturze.

 

Dominika Dymińska ocenia warszawkę. Ho, ho, ho, super. Odżegnuję się od tego. Po prostu coś tam faktycznie krytycznie oceniam. Chciałam zacząć jakąś dyskusję. Trochę się podłożyłam i wiedziałam, że zbiorę za to baty. Mało jest osób, które odważyłoby wystąpić przeciw tak szczelnej plemiennej strukturze.

 

13315463_1026693727424937_7645480209917120409_n

Dominika Dymińska, ur. 1991, językoznawczyni, pisarka i tłumaczka. Autorka książek „Mięso” i” Danke”.

Warszawa jest w „Danke” bulimiczna. Co stolica zjada i wymiotuje?

Nadmiar bodźców. Wszystkiego wokół  jest tak dużo, że trudno jest to przetworzyć. Wybór już nie jest naturalny. W pewnym momencie to przerasta.

Zabrzmi to tendencyjnie, ale czy „Danke” to nie głos nowego pokolenia, dla którego bycie offline jest nową wartością?

Postuluję raczej prawdziwość rzeczy. Wokół mnie jest wielu ludzi całkiem odłączonych. Mój chłopak nie ma fejsbuka, więc pojawiają się wątpliwości, czy aby na pewno istnieje. Zawsze byłam dość mocno osadzona w mediach społecznościowych, ale nie aż tak realnie. Mój profil był mało związanym ze mną awatarem, który zbierał trochę lajków. Ostatnio mało się tym interesuję. Przestało mi to sprawiać przyjemność. Fejsbuk skupia się na tworzeniu sztucznej osobowości – łaknącego uwagi, aspirującego człowieczka, który przez cały dzień musi coś udawać. To przykre. Patrzę na ludzi i myślę: „Ej, stary czy kiedykolwiek poszedłeś normalnie po bułkę do sklepu?”. Każda rzecz jest wystudiowana i obliczona na efekt. Ludzie dalej robią rzeczy, które lubią czy nie wiedzą już, co robią? Wyjście z tej skorupki wymaga trochę odwagi. Odłączenie się na serio jest trudne, bo nikt dookoła nie jest na to gotowy.

Znajdujesz realność wyjścia po bułkę na Grochowie?

Tak! Na Grochowie jest super. Jestem z Warszawy, obecnie mieszkam na Grochowie. W innych częściach miasta też mieszkałam, ale było to raczej pomieszkiwanie. Grochów to bardzo dobre miejsce do życia. Dużo pracuję, jestem zajęta i mam tu spokój. Nie wyobrażam sobie mieszkania w centrum miasta, gdzie w każdej chwili coś może mnie rozproszyć. Grochów jest optymalnym miejscem do życia.

Co w nim najbardziej lubisz?

Jest tu mało młodych ludzi. Na każdym kroku możesz odkryć jakąś tajemnicę. Jest dużo dobrego jedzenia. Mam wrażenie, że mam tu wszystko. Do centrum jest blisko. Do pracy jadę na rowerze piętnaście minut. Nie jestem zanurzona w otoczeniu, gdzie można w każdej chwili wyjść z domu i zaimprezować. Nie ma dokąd. Czuję się tu jak dorosły człowiek.

 

Grochów to bardzo dobre miejsce do życia. Dużo pracuję, jestem zajęta i mam tu spokój. Nie wyobrażam sobie mieszkania w centrum miasta, gdzie w każdej chwili coś może mnie rozproszyć. Grochów jest optymalnym miejscem do życia.

 

Lubię się włóczyć po Grochowie z kumplami.

Gdybym miała kumpli to może tez bym tak robiła.

Obiegowa opinia jest taka, że jest tu niebezpiecznie.

To opinia przyjezdnych, którzy nie mają pojęcia o tym mieście. Frustrują mnie tego typu powierzchowne opinie na temat bezpieczeństwa i atrakcyjności dzielnic Warszawy wygłaszane przez ludzi, którzy w życiu ich nie odwiedzili. Więc to nieprawda. Owszem, gdzieniegdzie może być nieprzyjemnie, ale w której dzielnicy tak nie jest? Na Ursynowie też wszędzie nie jest wspaniale. Wystarczy spojrzeć na Olszynkę Grochowską. Jest tam park i domki. Trochę wieś, trochę miasto. Wszystko, czego człowiekowi trzeba.

To dobre określenie – trochę miasto, trochę nie-miasto.

Miasteczko.

W pewnym sensie Grochów jest małomiasteczkowy, zawieszony w różnych przestrzeniach. Gdybyś miała napisać kolejną książkę to czy jej bohaterowie byliby z Grochowa?

Nie wiem, czy umiałabym wejść w taką skórę. Jest zwolenniczką autentycznych historii. Nie bardzo umiem wymyślać, ani nie bardzo chcę.

Skoro nie wymyślasz to czy podobieństwa do osób i zdarzeń w „Danke” były zamierzone?

Podobieństwa są oczywiste. Postaci przemawiają w dużej mierze własnymi słowami. Wydaje ci się, że piszesz prawdę, że to tak naprawdę było. Jak już się wszystko w procesie twórczym przesieje to okazuje się, że to co napisałeś przefiltrowało się w twojej głowie. Wszystko się wyostrza. Historie są długie, a na końcu zostają jedynie przesiane największe grudki.

Jak ludzie reagują na strumień świadomości, w którym pojawiają się fragmenty z ich życia  i wszyscy nagle o czymś się dowiadują?

Spotyka mnie porcja hejtu. Nie jest tak, że w tym nie uczestniczymy, bo uczestniczymy, ale widzimy inaczej. Nie jest to przyjemne ani dla nich, ani dla mnie. Książka nie miała być z założenia efekciarska. Nie miała bazować na prostym zabiegu skrytykowania swojej grupy.

Sama z siebie jesteś taka szczera? Czy ta nadmierna szczerość była niezamierzona, a ktoś zwyczajnie ma problem z jej odebraniem?

To problem z odbiorem. Mało, kto jest chętny wypisać się z takiej solidarności.

Kto jest solidarny?

Tzw. warszawka. Jej solidarność jest zróżnicowana wewnętrznie, ale konsekwentna. Uczestniczę w tym, chodzę na imprezy, chcę być lubiany dalej…. W powieści mówię trochę źle o innych, trochę plotkuję, ale nikogo tak naprawdę nie szkaluję. No, może trochę.

W którym klubie bohaterka twojej książki obserwowałaby warszawkę?

W ogóle nie wyszłaby w domu. Po prostu by w nim została. A na pewno nie poszłaby do klubu.

Warszawka istnieje wewnątrz jej głowy?

Tak. Na poziomie odbioru. Nie wiem jednak, co zrobiłaby dalej bohaterka, bo ta książka się już skończyła. Chodzi o prosty wniosek, że nie ma nic specjalnego w imprezowaniu. Nie jest ono polityczne, rozwijające, nie przyczynia się do zmiany życia ani świata, nie ma sensu mu przypisywać wyższej wartości. Imprezowanie to imprezowanie.

Zwykła codzienność.

Co weekend albo co miesiąc. Zależnie od potrzeb czy też przymusu w danym momencie.

Masz jakieś inne plany literackie?

Myślę o wydaniu wierszy za jakiś czas. Cały czas piszę wiersze, ale niedobrze mi na samą myśl o wieczorkach poetyckich przy wódce. Dopiero, co wydałam książkę i teraz nadchodzi cichszy okres. Piszę, ale nie definiuję się przez pisanie. Kiedy mówię o sobie – Dominika Dymińska, pisarka  to traktuję to jako żart. Jestem co najwyżej autorką dwóch książek. Teraz są czasy malutkich pisarzy. Minęła epoka kultury za, którą się płaci. Dołączenie do grona pisarek, które mogą żyć z pisania wydaje się nieosiągalne, o ile nie pisze się literatury bestsellerowej. Zarabianie na pisaniu? Przy milionie małych zleceń da się zarobić na obiad. Sama piszę obecnie dość dużo, ale nie wyobrażam sobie utrzymywać się z pisania. Do głowy by mi to nie przyszło.

 

Teraz są czasy malutkich pisarzy. Minęła epoka kultury za, którą się płaci. Dołączenie do grona pisarek, które mogą żyć z pisania wydaje się nieosiągalne, o ile nie pisze się literatury bestsellerowej.

 

Pisanie boli?

Mnie boli. Nie przepadam za tym. Lubię efekt, ale najgorzej jest, kiedy muszę to robić. To trochę podobnie jak było z jeździectwem. Dopóki zajmowałam się nim rekreacyjnie, czekałam tylko na moment, by pojechać do stajni. Ale kiedy przyszła chwila wejścia w profesjonalny sport, przyjemność zmieniła się w codzienność. Zwyczajnie przestaje się w takim momencie chcieć. Podobnie było z pisaniem. Nie mogę bez tego żyć, ale nie odpowiem już na pytanie czy to lubię, czy nie.

Sens tkwi w tym, żeby tej kobyły nie zajechać?

Siebie nie zamęczyć, a nie kobyły.

Dziękuję za rozmowę.

Komentarze

komentarzy