Jak dobrze mieć sąsiada… a nie polityka

Kiedy „4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”, pojawiła się nadzieja na to, że odpartyjnieniu ulegnie – wraz z wieloma gałęziami życia – także samorząd. Patrząc z perspektywy lat, strasznie nam to w Warszawie nie wyszło. I wcale nie chodzi mi o monowładzę PO z wszystkimi jej patologiami, a o to, że choćby przyszło tysiąc ruchów miejskich, a każdy zrobiłby tysiąc kongresów i każdy nie wiem, jak się wytężał, to nie udźwigną – taki partia ma ciężar.

Dlaczego jest tak jak jest? Oczywiście dlatego, że Warszawa jest dużym miastem. I dlatego, że w pędzie i anonimowości bloków oraz grodzonych osiedli przestajemy myśleć o rzeczach małych i bliskich nam (no chyba, że akurat spółdzielnia zlikwiduje kilka miejsc parkingowych – wtedy mieszkańcy potrafią zsolidaryzować się w mgnieniu oka i sformować ad hoc rabacyjny ruch osiedlowy), a nawet często nie wiemy, kto mieszka przez ścianę. Ale to wszystko nie usprawiedliwia paskudnego mentalnego lenistwa, przez które oddaliśmy Warszawę tym, których miejsce jest na Wiejskiej i w Al. Ujazdowskich. A nie w Urzędzie Miasta i we władzach dzielnic.

Nie będę przesadzał w czarnowidztwie – faktycznie w Warszawie ruchy miejskie, czy też po prostu lokalne organizacje samorządowe istnieją. Czasem nawet osiągają pewne sukcesy i współrządzą osiedlami lub dzielnicami. Problem polega na tym, że w skali miasta do tej pory nie udaje im się osiągnąć (w sensie „politycznym”, nie – pracy organicznej, za którą oddaję należny ogromny szacunek!) praktycznie niczego. Wystarczy spojrzeć na wyniki ostatnich wyborów samorządowych. Na wyniki prezydenckich i rezultat kandydatki popieranej przez ruchy miejskie, lepiej od razu spuścić zasłonę milczenia.

Nie będę też przesadzał z kulturą słowa – to, że naszym lokalnym życiem zawiadują politycy, mający perspektywę zgoła inną niż miejska, czy dzielnicowa (czego idealnym przykładem jest choćby projekt zmian terytorialnych w Warszawie i sposób, w jaki partia rządząca swój plan gerrymanderingu lada chwila wcieli w życie), najzwyczajniej w świecie mnie wkurwia. Naprawdę życzyłbym sobie, aby w Warszawie rządzili ludzie, dla których celem numer jeden jest interes miasta i jego mieszkańców. A nie słupki wyborcze w ogólnopolskich sondażach, czy szemrany interes szemranych znajomych deweloperów. Doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że „wiadoma rzecz – stolica”. I że sama Warszawa mieszkańców zameldowanych i niezameldowanych ma z grubsza tyle co pół Słowacji albo cała Słowenia (czyli w kategoriach statystycznych mogłaby być osobnym państwem członkowskim Unii Europejskiej). Ale chcę, żeby miastem, dzielnicą, osiedlem rządzili faktyczni reprezentanci mieszkańców, znający lokalne problemy i mający na uwadze przede wszystkim to, jak żyje się w Warszawie, a nie to, ile kasy albo punktów procentowych można przygarnąć.

I to jest moja skromna odpowiedź na pytanie, czyje jest (albo raczej powinno być) miasto. Jeśli wśród konkluzji płynących z Kongresu „Czyje jest miasto?” znajdzie się ta, aby szukać sposobu na wygonienie z samorządu polityków, będę skakał z radości. Ale jestem prawie pewien, że moja naiwność przewyższa Pałac Kultury i Warsaw Spire z kręgosłupem. Dlatego w sobotę pójdę na spacer do lasu.

Komentarze

komentarzy