Île-de-Pologne – uczyńmy Warszawę znowu wielką

Całkiem niedawno część warszawskich dzielnic hucznie obchodziła stulecie włączenia do Warszawy. Dla niektórych mieszkańców wsi Mokotów, Marymont i Gocław było to zaskoczeniem, bo czuli, jakby ich dzielnice były częścią stolicy od zawsze. Czy za sto lat obywatele hipsterskiej dzielnicy Halinów albo młode rodziny z dziećmi, zasiedlające ciągnące się po horyzont blokowiska Nadarzyna Południowego (wciąż czekającego na metro), podróżujące trzy godziny do zagłębia biurowego Jabłonna Palace and Business Park będą mieć podobne uczucia? I czy przy okazji obchodów stulecia również nie będzie się zbyt głośno mówić o pośle partii rządzącej, inicjatorze i twarzy rewolucyjnego dla ustroju Warszawy i Mazowsza projektu, tak jak i dziś nie wszyscy pamiętają, że boom terytorialny z 1916 stolica zawdzięczała pruskiemu namiestnikowi? Choć wyglądałoby to na pozór na grubsze science-fiction w rzeczywistości alternatywnej, jest to więcej niż prawdopodobne.

Wszystko wskazuje więc na to, że na mocy ustawy, która została dość niespodziewanie zgłoszona jako projekt poselski, nie podlega więc jakimkolwiek konsultacjom (ani w Warszawie, ani w ościennych gminach, które – jak wiadomo – nie marzą o niczym innym, tylko o włączeniu do Miasta Stołecznego), będziemy mieli Île-de-France na miarę naszych możliwości. Polityczne pobudki tego pomysłu nie budzą najmniejszych wątpliwości – o wyborczej arytmetyce i o tym, jak zmieni ona układ sił w „Nowej Warszawie”, od wczoraj wylano już tony wirtualnego atramentu, więc nie będę skupiał się na obliczeniach i precyzowaniu, czy jest to – jak mówią jedni politycy opozycyjni – „nie do końca elegancki ruch”, czy – cytując innych – „zamach na Warszawę”. To, że za projektem nie stoi wcale jakakolwiek wizja rozwoju metropolii, a wyłącznie radosny gerrymandering (słówko roku 2017, które w Polsce nie doczekało się jeszcze zgrabnego odpowiednika), chyba nie ulega wątpliwości.

Opinie polityczne możecie w szczegółach poznać na zaprzyjaźnionych łamach Metro Warszawa. My zastanówmy się jednak nad praktycznymi skutkami powstania metropolii łączącej miasta i miasteczka, a także przywracającej Warszawie jakże dawno w stolicy nieobecne użytki rolne (a z użytkami rolnymi można robić wiele bardzo interesujących rzeczy – i nie mam tu na myśli miejskiego rolnictwa i ogórków chilometro zero z sąsiedniej „dzielnicy”). Pokuszę się więc raczej o amatorską ocenę skutków regulacji. Zresztą na profesjonalną i tak raczej nie mamy co liczyć.

Kiedy w 1916 roku Beseler podejmował decyzję o powiększeniu Warszawy, okoliczności niejako go do tego zmuszały. Miasto dusiło się w Wałach Lubomirskiego i carskiej zabudowie fortecznej. A jednocześnie rozwijająca się Warszawa drastycznie potrzebowała przestrzeni. W roku 2017 przestrzeni jest jeszcze całkiem sporo, a ewentualne przyłączanie do m. st. ościennych gmin mogłoby zapewne bez problemu odbywać się w sposób ewolucyjny i rozłożony na tyle lat, ilu by to wymagało.

1. Warszawskie Spandau, czy pełzająca urbanizacja i giga-sprawl?

Czy po reformie będziemy mieli do czynienia z nowymi dzielnicami i czy faktycznie powstanie wielkie miasto Warszawa („Uczyńmy Warszawę znowu wielką!” – chciałoby się zakrzyknąć)? To oczywiście nawet w dłuższej perspektywie jest wątpliwe. Nie zmieni się nic poza tabliczkami (właśnie, a co z nazwami ulic?), a przyszła metropolia i stolica na miarę lidera Międzymorza będzie zadziwiać turystów przaśną biedą prowincjonalnego Mazowsza. Idąc w skrajny sarkazm: nie mamy nawet szansy na powstanie solidnych imigranckich gett, jakich wiele w podparyskich blokowiskach. Nie mówiąc o dzielnicach-miasteczkach, zachowujących charakter dawnych miejscowości w ramach miejskiego gigaorganizmu.

Z drugiej strony – urbanizacja w pewnym sensie musi przyspieszyć. Będzie ona jednak dotyczyła obszarów bezpośrednio graniczących z obecną Warszawą, co zaowocuje niczym innym, jak turbo-sprawlem, na skalę, której trzymana dotychczas w pewnych ryzach administracyjnych Warszawa jeszcze nie widziała. Kolejne osiedla rozleją się dalej w stronę Legionowa i Wołomina, a ich mieszkańcy latami będą czekać na transport publiczny, miejską infrastrukturę i jakąkolwiek cywilizację. Jedynym, co będzie im miało do zaoferowania nowe metropolis, będzie słowo „Warszawa” w akcie notarialnym kupna mieszkania na kredyt w walucie na 40 lat.

2. W smogu do Parku Kampinoskiego

Słuszne obawy mają też mieszkańcy gmin z okolicy Puszczy Kampinoskiej. O ile sam park jest ponoć „nie do ruszenia” (choć minister Szyszko nie takie parki ruszał), to przyłączenie kampinoskiej otuliny do miasta i wspomniana akapit wyżej pełzająca urbanizacja (bo to akurat tereny bardzo blisko obecnego miasta i pełne kuszących dla deweloperki pól i łąk), bardzo źle wróżą Puszczy w dłuższej perspektywie. No i – wow! – do Warszawy włączone zostaną wreszcie legendarne ościenne gminy – producenci stołecznego smogu. Smog będziemy mieć więc nareszcie nasz własny, prawdziwie warszawski, a nie importowany z Otwocka!

3. Transport

Jedną z obietnic przy próbie (zapewne udanej) wprowadzenia nowego ustroju Warszawy będzie zachęta włączenia 32 ościennych gmin do miejskiego systemu transportowego – czy do „pierwszej strefy”, to raczej wątpliwe. Raczej skończy się na obietnicy, i na siedemsetkach kursujących jeszcze dalej i jeszcze rzadziej.

Ale popatrzmy optymistycznie (dla nowych „dzielnic” stolicy) – zakładając bardzo prawdopodobny scenariusz „lokalnego janosikowego”, w którym bogata „stara Warszawa” będzie płaciła za rozwój nowej, rzeczywiście może dojść do poprawy jakości infrastruktury transportowej w ościennych gminach-dzielnicach. Tyle, że po pierwsze na pewno nie w takim stopniu, jakiego oczekiwaliby ich mieszkańcy, a po drugie – kosztem rozwoju dotychczasowego miasta. I to bardzo dużym kosztem. A poza tym prawie pewne jest, że będzie to infrastruktura drogowa, nastawiona na indywidualny transport samochodowy mieszkańców nowych dzielnic.

4. Bezwład (eks-)samorządowy

Nowy ustrój stolicy zakłada wprowadzenie wspólnej rady „miasta” dla całego obszaru – mieliby do niej wejść radni – po jednym z każdej gminy i dzielnicy – wybierani w okręgach jednomandatowych. W praktyce oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze – zarżnięcie samorządności, bo ten system wyborczy, jak dowiedzono w licznych krajach i co gołym okiem widać w Polsce, sprzyja umocnieniu władzy najsilniejszych partii. Po drugie – wynikający z wyniszczającej walki najsilniejszych partii decyzyjny bezwład lub takie wojny „na radzie”, o jakich nam się jeszcze nie śniło. Pewne jest, że ten ruch oznacza absolutną marginalizację wszystkich środowisk lokalnych – wspólnot, ruchów miejskich (i „miasteczkowych”), niezależnych aktywistów. Przynajmniej na poziomie zarządzania miastem. Teoretyczna rada będzie więc podzielona między dwie partie polityczne i – w najlepszym przypadku – jednego-dwóch radnych „pozaukładowych”. W dodatku zdominowana będzie przez radnych z nowych gmin-dzielnic, a „stara Warszawa” będzie w niej w mniejszości. Niezależnie od tego, która z największych partii będzie miała przewagę, jest to bardzo zły scenariusz dla Warszawy, jaką znamy.

5. Warsiawiacy z Góry Kalwarii

Zmiana tak radykalna i odmienna od dotychczasowych, które wynikały czy to z „duszenia się” miasta w 1916, czy z wieloletnich planów „wielkich budów socjalizmu” w latach 50., rodzi naturalne pytanie o poczucie tożsamości. Z jednej strony niezwykle prawdopodobne jest, że przez długie lata „prawdziwi warszawiacy” z dzielnic przyłączonych do Warszawy ledwo 40 lat temu będą z pogardą patrzeć na „nowych”. Z drugiej – „nowi” to nie – tak jak w poprzednim przypadku – jedynie mieszkańcy graniczących z miastem wiosek, a często obywatele prężnych lokalnych społeczności, „małych ojczyzn”, z których wiele posiada mocną tożsamość i historyczne korzenie miejskie – czasem znacznie głębiej osadzone w historii niż Warszawa. Jakie przedziwne sytuacje i problemy zrodzi ta zmiana – na to pytanie dziś nie da się odpowiedzieć, ale socjolodzy na pewno będą mieli wiele fascynującego materiału do analizy.

Mieliśmy więc być (znowu) Paryżem Północy, ale chyba nikt nie spodziewał się, że zamiast Paryża dostaniemy od razu całe Île-de-France.

Komentarze

komentarzy