Gra zespołowa, czyli o polityce jako takiej, a warszawskiej w szczególności

Moją ulubioną metaforą partii politycznej, czy innej organizacji o takim charakterze, jest drużyna piłkarska. Jedno i drugie to zespół, w którym wybitna, wyjątkowa postać może poprowadzić całą resztę do zwycięstwa. Ryzyko polega na tym, że takiemu wybitnemu graczowi może w pewnej chwili przyjść do głowy, iż jest niezastąpiony. Zaczyna wówczas gwiazdorzyć, a co najgorsze: zapomina, że piłka nożna to sport zespołowy.

Bardzo szanuję Jana Śpiewaka. Jest wybitnie inteligentny, ma niespożytą energię i dokonał w przeciągu kilku zaledwie lat rzeczy niebywałych, pozytywnie wpływających na naszą warszawską rzeczywistość. Niemniej w sytuacji, która miała miejsce kilka dni temu stoję murem za osieroconym przez niego stowarzyszeniem Miasto Jest Nasze.
Dlaczego? Ano dlatego, że na wszystkie jego sukcesy pracowała spora grupa ludzi. Bez nich z pewnością nie byłyby one tak spektakularne. I choć nie wątpię, że to nikt inny, tylko on właśnie tych ludzi za sobą pociągnął i skłonił do tej pracy, zmotywował do działań, to i bez Jana Śpiewaka stowarzyszenie by sobie poradziło i robiło mnóstwo dobrej roboty.

Jednak pomijając już, że stowarzyszenie zostawił i na odchodnym przypiął mu łatkę amibcji na miarę miętkiego endżiosa, co okazało się już następnego dnia po deklaracji MJN nie do końca prawdą, to problem jest poważniejszy, strukturalny. Jeśli nawet uznać, że polityka to brutalna gra, w której liczą się wyłącznie efekty, a cel uświęca środki, to nadal taktyka oparta na jednym gwiazdorze i grającej na niego drużynie jest zwyczajnie błędna. Z prostego powodu: a co, jak lidera zabraknie? I to nawet nie w sensie ostatecznym, tylko na przykład wypali się, straci autorytet albo… zmieni drużynę? Naprawdę nie trzeba daleko szukać, żeby zobaczyć, że to scenariusz możliwy. PO bez Donalda Tuska straciło impet niemal z dnia na dzień, PIS bez Jarosława Kaczyńskiego byłby jak plac Trzech Krzyży bez krzyży – bez sensu. W jednej chwili budowane przez lata poparcie rozsypuje się w takich sytuacjach jak domek z kart. Szczęśliwie w przypadku MJN kryzys zapowiada się mniejszy, gdyż jakiś czas temu jego członkowie rozpoczęli proces demokratyzacji swojej organizacji, ale na pewno minie trochę czasu, zanim wrócą na pełne obroty.

Sztuką nie jest wygrać bitwę, tylko wojnę, a następnie utrzymać zwycięstwo. Zło raz pobite chowa się do nory, ale jeśli się go nie przypilnuje, to bardzo szybko może wytknąć swój obrzydliwy łeb i odzyskać stracone pozycje, a nawet pójść dalej. Ludzi dbających tylko o własny interes, nieliczących się z innymi są całe zastępy, tych którzy im się przeciwstawiają zwykle jest o wiele mniej. Gdy na dodatek cała strategia działania oparta jest na siłach witalnych jednej osoby, to ostateczna porażka jest tylko kwestią czasu, bo sił tych w pewnym momencie musi zabraknąć. Sprawa zupełnie inaczej wygląda, kiedy działa się kolektywnie, a i to jednak nie zawsze przecież wystarczy.

Kolejny problem to degeneracja, jaka po prostu musi dotknąć każdego nieomylnego jedynowładcę. Gdy jest się nieomylnym, to oczywiście nie słucha się innych, ci inni zresztą nie mają ani możliwości, ani odwagi nieomylnego pouczać. I tutaj znowu tylko kwestią czasu będzie, gdy powinie się noga, popełni błąd. To szczególnie niebezpieczne, gdy gra się ostro, bezpardonowo. Owszem, osiem wygranych procesów z rzędu robi wrażenie. Ale to nie jest żadna gwarancja, że wygra się kolejne. A ja naprawdę wolałbym oglądać Jana Śpiewaka na wolności, walczącego o moje miasto.

Podsumowując ten wątek: problemem w tym przypadku nie jest to, jaką narrację kto wybrał, bo w gruncie rzeczy codzienna działalność Jana Śpiewaka solo i MJN będzie różniła się głównie niuansami. W tym rozwodzie ewidentnie poszło o różne wizje stylu zarządzania, i ja w tej sytuacji z większą sympatią i zrozumieniem patrzę na rogę, jaką wybrało stowarzyszenie. Ponadto uważam, że na dłuższą metę jest to droga skuteczniejsza.

Mój pańskoskórkowy kolega Andrzej Jędrzejczak w swoim tekście poruszył jeszcze wiele innych interesujących tematów, ale nie sposób odnieść się do wszystkich, żeby nie powstał elaborat na wiele stron. Dlatego nie odniosę się szczegółowo do sugestii dotyczących retoryki Razem, tylko zaznaczę, że nie wiem, czy dzięki tej retoryce, czy
dzięki czemuś innemu, ale Razem powoli przeszło drogę od partii zdobywającej w sondażach od 1 do 3%, do takiej, która częściej ma raczej 3 do 5%. Różnica niby niewielka, ale to jest bez wątpienia progres. I nic nie wskazuje na to, żeby ten proces miał się odwrócić, czy zatrzymać. Jakkolwiek by jednak nie było, to są to sondaże ogólnopolskie, w warunkach warszawskich mamy specyficzną sytuację, w której wielka polityka i sprawy lokalne z jednej strony trudno rozerwać, a z drugiej stwarzają zupełnie inne środowisko działania. Jak pokazują sondaże lokalne, działa to raczej na korzyść Razem, które czy się to komuś podoba, czy nie, jest graczem na skalę krajową, ale podejmuje też liczne działania na poziomie lokalnym (żeby wymienić choćby doprowadzanie do usunięcia lichwomatów ze stacji Metra, czy też walkę o dofinansowywanie przez Ratusz leczenia bezpłodności metodą invitro). To, że nie ma 80% poparcia wynika z zupełnie innych przyczyn, niż archaiczna jakoby retoryka, czy zasugerowane na koniec przez Andrzeja standardowe już, gdy chce się alizarynowców skrytykować, #osobno. Ale to temat na zupełnie inny artykuł, i to niekoniecznie na Pańskiej Skórce.

Tak więc, jeśli ja miałbym odpowiedzieć na pytanie, co robić?, to powiedziałbym: róbmy swoje. I to nie za wszelką cenę, bo cel nigdy nie uświęca środków. Tylko budowanie solidnych podstaw zmian, szerokich ruchów obywatelskich i politycznych, współodpowiedzialność i zaangażowanie wielu osób, może zmienić naszą rzeczywistość. Jeśli społeczeństwo nie zacznie się w końcu na dużą skalę angażować w życie swojego miasta, to działania pojedynczych bohaterów nie przyniosą ostatecznie żadnego rezultatu. Będą to tylko chwilowe zwycięstwa. Kwestia retoryki jest tu sprawą wtórną, czy ktoś stosuje bulwarówkową sensacyjność, czy odwołuje się do poetyki rewolucyjnej, jest mniej istotne, niż to, jakie działania i idee za tym stoją. Na tej płaszczyźnie wiele organizacji działających w Warszawie ma ze sobą wiele wspólnego, a to ważniejsze, niż ich język komunikacji, i pozwala z pewną nadzieją patrzeć w przyszłość.

Komentarze

komentarzy