Dzieci we mgle

Prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz na swoim twitterze podzieliła się radosną nowiną, że „Karta Ucznia to inwestycja w edukację i przyszłość. Zyskają na tym domowe budżety, zwiększy się liczba pasażerów i samodzielność dzieci”. Już od wrześnie ważna legitymacja ucznia szkoły podstawowej i gimnazjum będzie równoznaczna z biletem na bezpłatny przejazd. To ważna inwestycja w wychowanie pokolenia odpowiedzialnych warszawiaków, którzy od najmłodszych lat docenią walory komunikacji publicznej.

Porozmawiajmy otwarcie

W całej akcji warto zwrócić na kilka rzeczy. Przede wszystkim na jej walor usamodzielniający. Warszawskie i podwarszawskie dzieci wejdą wreszcie w dorosłość. Kiedy ma się tych dziesięć czy jedenaście lat to co bardziej świadczy o dojrzałości niż samodzielne podróże do szkoły? Dzieciaki będą miały  w dyskusji po swojej stronie mocny argument poza wyświechtanym „jestem już duży!”. Ich przejazdy będą darmowe, więc mama i tata będą wydawali mniej na paliwo. Ale czy wystarczy to by przekonać nadopiekuńczych rodziców?

Rodzicielska smycz

Oto całe clue problemu. Ilu rodziców faktycznie nie wjedzie do Warszawy, bo darmowy bilet zachęci ich do puszczenia pociech do szkoły samopas? Ilu z nich faktycznie zaufa dzieciom? Tego żadna statystyka nie pokaże. Kiedyś dzieci dostawały klucz na szyję i wychodziły z domu. Szły przez osiedle, las, przechodziły na ulicy bez pasów, chodziły skrótami przez niebezpieczne podwórka. Nie działa im się krzywda. Nikt nie zerwał im klucza z szyi i nie splądrował domu. Co więcej, dzieciakom udało się dorosnąć i założyć własne rodziny. A podobno kiedyś było niebezpieczniej.

Smog nie wybiera

Dziś jest inaczej. Wystarczy przecież spojrzeć na Marysię i na Krzysia by od razu wiedzieć, że trzeba je zawieźć do szkoły. Dzieciaki są takie bezbronne, a tylko pancerny SUV zapewni im bezpieczny dojazd do szkoły. Pomysł wypuszczenia dzieci z domu nie należy do najlepszych i proszę szanowny magistrat o podesłanie rozsądniejszego rozwiązania. Nie jest to, żaden irracjonalny lęk, a zdrowa obawa rodzica. W końcu Marysia i Krzyś wyjdą na smog. A ten to już nie przelewki.  PM 2.5 nie wybiera. Jedynym ratunkiem przed trującymi oparami będzie wycieczka autem do miasta. W końcu w SUV-ie powietrze jest wolne od zanieczyszczeń. Lepiej dla wszystkich będzie jeśli Marysia i Krzyś bezpiecznie dotrą do szkoły i w samochodzie odetchną pełnym płucem.

Przezorny zawsze ubezpieczony

Argument bezpieczeństwa jak zawsze wygrywa. Nie wolno, ale to nie wolno wypuszczać dzieci na smog. Koniec kropka. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej po drugiej stronie rury wydechowej. Projekt ratusza jest w swojej naturze przewrotny. Prezentem dla domowego budżetu magistrat mówi sprawdzam i testuje nie tylko rodzicielskie zaufanie do pociech, ale także świadomość ekologiczną rodziców i perspektywiczne myślenie. Owszem dzieci na pewno ucieszą się dodatkowej pół godziny grania na tablecie w samochodowym ciepełku. Co będzie jeśli za dwadzieścia lat staną przed matką i ojcem z wyrzutem: „ Po coście mnie odwozili do szkoły autem? To przez was w Warszawie nie ma czym oddychać!”. Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. Lepiej, żeby na starość została jej jeszcze odrobina czystego powietrza.

Drodzy rodzice! Posłuchajcie ratusza i pozwólcie dzieciom działać. Uczniowie podstawówek i gimnazjów naprawdę nie potrzebują podróżować luksusowymi autami terenowymi po równych asfaltowych drogach. W komunikacji publicznej są zamontowane kamery, a komórkę z pewnością szybko odbiorą. Wystarczy zdobyć się na odrobinę odwagi, a wszyscy na tym skorzystamy. Pośpicie dłużej, zaoszczędzicie na benzynie, w Warszawie będą mniejsze korki, a przyszłe pokolenia docenią rolę transportu zbiorowego. A przy okazji wszystkim będzie się lepiej oddychać, o ile do tego czasu się nie podusimy.

 

Komentarze

komentarzy