Deskorolka

Był rok 1990, a ja miałem 7 lat. I ciocię w Niemczech, która przesłała mi w prezencie deskorolkę. Taką z prawdziwego zdarzenia: drewnianą, z wielkimi napisami, kolorowymi kółkami i wymalowanym dinozaurem, t-rexem czy czymś takim. Robiła wrażenie, przysięgam, bo była zupełnie niepodobna do tych plastikowych, wąskich, które miały inne dzieciaki na osiedlu. Na Służewie Nad Dolinką.

Jedynym ówczesnym znanym mi sposobem poruszania się na tym urządzeniu było jeżdżenie na klęczkach. Jednym kolanem opierałem się na desce, drugą nogą odpychałem od ziemi. Tak jeździli moi koledzy, więc i ja też. Jak można się domyślić, czasem kończyło się to bolesnym obtarciem, bo w pędzie można było z deski spaść dosyć łatwo. Szczególnie kiedy zjeżdżało się z górki na Elsnera, tej koło sklepu „Społem”.

Ten sklep jest kluczowy w całej historii. Ponieważ mieszkałem zaraz obok, w dziesięciopiętrowym bloku, tym naprzeciwko podstawówki numer 107, to tam właśnie moja rodzina robiła zakupy. Któregoś razu mama wysłała mnie po kapustę. Jako grzeczne dziecko poszedłem i z mądrą miną osoby, której powierzono bardzo ważną misję, poprosiłem o nią. I wtedy pojawiło się od pań sklepowych pytanie: „Ale jaką?”. Ja oczywiście nie wiedziałem jaką. Kapusta, to kapusta, skąd do cholery mam wiedzieć? Zaambarasowany podrapałem się po głowie i nie odzywałem. Panie ze „Społem” wybuchnęły serdecznym śmiechem, a ja ze łzami w oczach wybiegłem na zewnątrz.

Przed sklepem znajdował się spory placyk. Lubiłem to miejsce. Oprócz mnie lubili je amatorzy piwa i innych trunków, co pozwoliło mi zapoznać się z całą kolekcją kapsli wtopionych w asfalt. Najfajniejsze były te od królewskiego, ze sfinksem. W latach 80. przed „Społem” na Elsnera w miarę regularnie spotkać można było tylko tych nieprzesadnie interesujących panów, ale jakoś właśnie w 1990 pojawił się ktoś jeszcze. Chłopaki w dosyć obszernych ubraniach jeżdżący na deskorolkach. Takich jak moja.

Gdy ich zobaczyłem po raz pierwszy uderzyła mnie jedna rzecz: nie używali tych desek, tak jak ja. Jeździli na nich stojąc. Niby wiedziałem, że tak można, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że poza filmami ma to rację bytu. Ale to nie wszystko, oni na nich jeszcze w zupełnie niesamowity sposób skakali. To były takie sztuczki, które musiały budzić respekt w oczach siedmiolatka. Choć po prawdzie, to wydaje mi się, że najczęściej po prostu tam z tymi deskami stali. Ale i tak byli fajni.

W końcu nadszedł ten dzień, że się odważyłem. Wziąłem swoją deskę, powiedziałem rodzicom, że idę na dwór i wyturlałem się na osiedle. Było już pod wieczór i wiedziałem że ONI tam będą. Swoim sprawdzonym sposobem przyklęknąłem na deskorolce i odepchnąłem się od ziemi. Ruszyłem prosto w kierunku sklepu. Po drodze minąłem ten trawnik, na którym kiedyś widziałem martwego gołębia. Przerażał mnie, bo niby był nieżywy, ale cały się dziwnie ruszał. Gapiłem się na niego chyba z pół godziny. Najgorsze było, jak z dzioba i innych otworów wyłaziły mu mrówki i jakieś robaki. Byłem wstrząśnięty, ale też i zafascynowany. Przejeżdżając obok wzdrygnąłem się na te wspomnienie i przyspieszyłem.

Im było bliżej do placyku, tym wolniej jechałem. Nagle zdałem sobie sprawę, że to wszystko jakieś takie dziwne. Nie znałem tych gości w ogóle, byli sporo starsi ode mnie. I to nawet nie to, że się bałem. Raczej krępowałem. Ale w końcu decyzja zapadła, wynurzyłem się zza rogu, podjechałem do nich i przystanąłem bez słowa.

Chłopaki zauważyli mnie i popatrzyli, też się nie odzywali. Stoimy, przyglądamy się na siebie. Ja to właściwie klęczę, bo nie wstałem z tej deski. W końcu jeden z nich powiedział do kolegi: „Fajną ma deskę!”, czy coś w tym rodzaju. W jego głosie wyczułem ironię. Dzisiaj, po tylu latach, nie wiem, czy ona tam była naprawdę, ale wtedy ją słyszałem bardzo wyraźnie. Spojrzałem na swój prezent od cioci, a potem na ich deskorolki. No tak, co za palant ze mnie. ICH NIE MIAŁY ŻADNEGO GŁUPIEGO DINOZAURA. Poczułem się jak skończony idiota. Nic się nie odezwałem, tylko prezentując postawę pełną godności osobistej, odturlałem w kierunku swojego bloku.

Na tej desce to wcale dużo nie jeździłem. A po porażce przed „Społem” w ogóle przestałem. Za to rodzice kupili mi BMXa. Takiego, jakie były w Polsce na początku lat 90., czyli faktycznie żaden BMX to nie był. Ale miał białą ramę i żółte opony. I to było super, a przecież i tak nikt wtedy nie wiedział, jak wyglądają „prawdziwe” BMXy. Spędzałem na nim całe dni. Ale to już inna historia.

Komentarze

komentarzy