A jak schudnę to pójdę na siłownię

Sobota – Pole Mokotowskie, Park Skaryszewski, Szczęśliwicki, miejsce dowolne. Wychodzisz na spacer lub popołudniowe piwo. Chcesz się zrelaksować, ale ciągle ktoś Ci przeszkadza. Wpadasz na biegacza, nie zauważasz rowerzysty. Potem jest jeszcze gorzej – rolki, deskorolki, kije norweskie. Odpalasz fejsa, tam atakują Cię zdjęcia warszawskich fitcelebrytek. Na Insta nie jest lepiej – chciałaś zobaczyć zdjęcia kotów i architektury, ale kumpela wrzuca piąte w tym tygodniu zdjęcie z siłowni. Myślisz, że to koniec? Nigdy. Marta kupiła nowe buty do biegania, musiała je pokazać. Cóż, otwierasz w końcu to piwo i czujesz, że coś jest nie tak. Może jednak powinnaś kupić tego Multisporta?

Eksperci alarmują, że ponad połowa z nas nie uprawia żadnego wysiłku fizycznego, jesteśmy leniwe nie lubimy się ruszać i ważymy coraz więcej. Warszawa ma natomiast w nosie statystyki – stolica już dawno pokazała, że różni się od reszty kraju, więc procent maniaczek sportowych jest tutaj najwyższy w Polsce. Niestety, ta zajawka działa trochę jak zaraza, która rozsiewa się po całym mieście i… truje. Do zakażenia najczęściej dochodzi u kobiet pomiędzy 15 a 45 rokiem życia. Dobra, koniec żartów.

Stołeczne kobiety już dawno porzuciły tradycyjne role – mamy sprzątaczki, kucharki i nianie. Presja społeczna skierowana jest w tej chwili głównie na nasz wygląd. Musimy być atrakcyjne, szczupłe i młode. Czasopisma typu Cosmo wysoko postawiły poprzeczkę. Po lunchu nie wypada zjeść ciastka a liczba naszych kalorii jest szczelnie zamknięta w plastikowym fitboxie. 5 razy dziennie, 7 dni w tygodni, 2000 zł miesięcznie. To cena, którą musimy zapłacić, żeby móc się zmieścić w ciasny garnitur społecznych oczekiwań.

Lekarstwo na wszystko mamy znaleźć na siłowni, która jak krzyczy Chodakowska jest drogą do naszego szczęścia. Przepraszam, ale czy ktokolwiek jeszcze wierzy, że gubiąc nadprogramowe 5 kg zmienimy swoje życie? Pamiętam swoja pierwsza przygodę z fitness klubem. Wyciągnięta koszulka, stare legginsy i rozwalone adidasy. Już po pierwszych zajęciach wiedziałam, że tutaj tak się nie chodzi. Najlepiej też nie być za grubym, zanim wyjdzie się do ludzi warto zgubić kilka kilogramów ćwicząc w zaciszu domowym. To chyba największy paradoks warszawskich siłowni, które nie spełniają swojej podstawowej roli. Miejsca, które powinny śmierdzieć i motywować do walki z nadwagą zamieniają się w modne miejscówki, dla ładnej klasy średniej.

Czy nosząc rozmiar 44 będziesz się dobrze czuła w takim towarzystwie? Nie. Potwierdzają to badania – osoby z nadwagą częściej rezygnują z ćwiczeń, a przebywanie na siłowni dodaje im kompleksów.

Bieganie nie wypada wcale lepiej. Stołeczna biegaczka lubi podkreślać swój status społeczny i nie może pozwolić sobie na buty z Lidla czy spodenki z Decathlonu. Warszawianki uwielbiają prześcigać się w stylówach. Wybierając którąś z modnych tras wielkim cudem jest napotkanie kogoś w zwykłym, bawełnianym podkoszulku. Najlepiej jeśli jaskrawą koszulkę dumnie zdobi tytuł biegu, w którym wcześniej wzięło się udział (półmaraton robi już robotę).

Na sam koniec przenieśmy się na chwile do social media. #motywacja, #siłownia, #trening to nie hasztagi a współczesny sposób na pokazanie tyłka oraz poszukiwanie atencji. Instagramowe atencjuszki mają głęboko w nosie motywowanie innych koleżanek. Prężą się przed lustrem w najmodniejszym stołecznym fintess klubie a ich liczba lajków rośnie. Tobie rośnie ciśnienie.

Coż mam nadzieje, że przekonałam Was do tego, że warszawski sport bywa też niezdrowy. W tej wersji często nakręca nierówności, dostarcza kompleksów oraz powoduje wpadanie uzależniającą formę wysiłku. Nie dajmy się zwariować. Jeśli zaś podejmiecie decyzje o uprawianiu jakiejś dyscypliny, pamiętajcie, że poza siłownią i bieganiem też jest życie – ćwiczcie karate, grajcie w piłkę nożna, łapcie za frisbee, florety lub kije do lacrosse’a.

Jako, że dziś kończymy Abordaż, życzymy Wam zdrowego dystansu i umiaru. To ważniejsze niż wszystkie zgubione kilogramy!

O. Chruścielewska

Komentarze

komentarzy